niedziela, 17 sierpnia 2014

po ludzku to dziwne jest, ale to Boża logika

Kiedy otworzyłam ostatnio swoje Pismo święte, zobaczyłam w nim kilkadziesiąt obrazków z Jezusem Miłosiernym. Pomyślałam, że to nie tylko piękna pamiątka po wspólnej ewangelizacji na Polu Woodstockowym, ale przede wszystkim przypomnienie - mnie samej - co warto byłoby robić, żeby jeszcze bardziej zbliżyć się do Ojca. Wskazówki znajdują się nie tylko w Dzienniczku siostry Faustyny, ale - może przede wszystkim - przebitym sercu Chrystusa, podziurawionych od gwoździ rękach i nogach, a także w zdartej do bólu szacie...

Jezu, ufam Tobie!

Nawet, gdy inni myślą, że nie zasługujesz. Nawet, gdy porównują Cię do psa, nazywają kurwą bądź przyczepiają inne etykietki. Wtedy, gdy nie masz dobrego kontaktu z rodzicami - choć może bardzo byś chciała... Wtedy może najbardziej pamiętaj, że Twoje serce jest ważne i piękne, Twoje serce ma prawo, by być blisko Boga!

Staram się nie pisać w II osobie liczby pojedynczej. Najpierw JA, potem TY czy ONI, MOJE doświadczenie i świadectwo przed JEJ przeżyciami i ICH słabością. Jednak piszę do konkretnego człowieka, do Ciebie, która/który właśnie to czytasz. Odważyłam się tak zbudować poprzedni akapit.

Proszę księdza, tak bardzo chciałabym usłyszeć, że mój tata mnie kocha - wyznałam kiedyś na pielgrzymce jednemu z księży. Teoretycznie wiem, że tak jest, ale w praktyce... nigdy mi tego nie powiedział.

Tak mocno chciałam to usłyszeć! Tak bardzo chciałam, aby mnie przytulił... Choć raz! Mieszkałam z nim pod jednym dachem, a właściwie nie wiedziałam nic... o moim tacie! Modliłam się o tę relację, aby Pan Bóg pozwolił mu zrozumieć, jak jest dla mnie ważny, ale NIC się nie zmieniało. Do czasu, kiedy oznajmiłam - a właściwie "przypadkiem" wyszło - decyzję wstąpienia do klasztoru. W ubiegłym roku. Tata podszedł do mnie i ze łzami w oczach powiedział: pamiętaj, że zawsze możesz wrócić, cieszy mnie twoja decyzja, naprawdę... Widziałam, jak walczył. Przez ten ostatni tydzień, który pozostał mi do wyjazdu, nie odezwał się do mnie ani słowem... Bolało, ale nie miałam mu tego za złe - pomimo że, jak powiedzieli z mamą, spodziewali się tej decyzji, musiał mocno ją przeżywać.

Odeszłam z klasztoru w kwietniu. Nie mówię o powodzie odejścia, bo nie jest on dzisiaj taki ważny. Nie o to mi chodzi. Chcę powiedzieć jedynie, że moja relacja z tatą zmieniła się bardzo mocno, że ogromnie doświadczyłam jego miłości do mnie. Darmowej i kompletnie niezasłużonej.

Pan Bóg prowadzi różnymi drogami. Kiedy pięć lat temu, w dniu ojca!, doświadczyłam Jego czułej miłości, zrozumiałam też, ile żalu we mnie drzemie... żalu, że tata nie jest taki, jakiego chciałabym mieć. Tak, nie jest idealnym ojcem, a ja często nie zachowuję się jak idealna córka. Wiem jednak, że mnie kocha.

Trzy lata temu, miesiąc po pielgrzymce do Częstochowy, odnalazł się mój wujek. Człowiek bezdomny. Mogłabym powiedzieć, że drań sam sobie jest winien, że nikomu nie powinno być go szkoda, że... W noc sylwestrową trzymałam go jednak za rękę, gdy - płacząc - opowiedział mi całe swoje życie. Wcześniej, w wigilię Bożego Narodzenia, składając życzenia, dzieliliśmy się opłatkiem. Zdrowia, szczęścia... Standard! Moja osiemnasta wigilia w domu, a jego pierwsza... od szesnastu lat! Kiedy "przypadkowo" dowiedzieliśmy się, że wujek żyje (przez wiele lat nie dawał znaku życia), widziałam, jak mój tato mocno to przeżywał. Dostrzegłam łzy, których wcześniej nigdy nie pokazał. Martwił się bardziej niż kiedykolwiek, a potem - kiedy tylko znalazł tę możliwość - pojechał się z nim zobaczyć, zaprosił na święta... Był przede wszystkim bratem i CZŁOWIEKIEM, przypominając mi o mojej własnej wrażliwości.

W tamtym też czasie sama pokochałam osoby bezdomne, chore i opuszczone - które teoretycznie nic nie mają, ale tak bardzo uczą mnie, co to znaczy prawdziwie kochać. Niekiedy nawet do bólu.

Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida!

Przez wiele lat, jak napisałam, błagałam o to, by doświadczyć miłości ze strony taty. Prosiłam, by się zmienił, by zaczął inaczej mnie traktować... Ale sama nigdy nie powiedziałam mu: kocham cię. Oboje wypowiedzieliśmy to sobie rok temu, trzymając się w objęciach po mojej rozmowie z matką generalną. On skończył w tym dniu pięćdziesiąt lat, a ja - kilka miesięcy później - obchodziłam swoje dwudzieste urodziny. Późno? Prosiłam o takie doświadczenie od pamiętnego roku 2009, od dnia ojca - dnia, w którym moje życie zmieniło się radykalnie. Tak, mój tato już wcześniej, szczególnie po wypiciu alkoholu, mówił mi, że jestem dla niego kimś ważnym, ale tego dnia, jak wtedy, już nigdy nie zapomnę!

Czekałam na niego tyle lat. Tyle długich lat. A Pan Bóg tak bardzo zdawał się tego nie widzieć. Dzisiaj wydaje mi się, że wiem, dlaczego to zrobił: po prostu przygotowywał moje serce, abym umiała teraz mówić opuszczonym dziewczynom i poranionym chłopakom - Pan Bóg jest twoim Ojcem, On chce i może przemieniać relacje, jeśli  zaufasz, kiedy uwierzysz... 

Jestem przekonana, że większość ran, które w sobie nosimy, zadane zostało przez rodziców i rodzeństwo. One bolą najbardziej. Niekiedy zatruwają życie na długie lata. Jednak Pan Bóg - do Ciebie i do mnie - chce, wierzę, powiedzieć dzisiaj te słowa: Niech ci się stanie, jak chcesz! 

Chociaż moje serce potrzebuje jeszcze sporo czasu, by zostać w pełni uzdrowione, ufam. Pragnę ufać.

Pan Bóg nigdy mnie nie zawiódł. Trzymam Go więc za słowo (za Słowo).




Albowiem wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, by się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: "Abba, Ojcze!" Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa, skoro wspólnie z Nim cierpimy po to, by też wspólnie mieć udział w chwale.Rz 8, 14-17

Deus providebit!

piątek, 15 sierpnia 2014

czy jesteś?

Gdybym miała ręce zawsze gotowe do działania... i uszy, które słyszałyby szept każdego opuszczonego dziecka, ubogiego staruszka, starszej pani z balkonikiem na przejściu dla pieszych...A moje oczy, gdyby patrzyły na to, co piękne i dobre, a nie tylko to, co się im podoba... A stopy? Niech idą, niech biegną, niech spieszą na spotkanie, a nie tylko twardo stoją na ziemi! Gdyby moje ciało zawsze robiło to, co święte, pewnie zostałabym wzięta razem z nim do nieba. A tymczasem musicie się męczyć ze mną tutaj, na ziemi. I to jest piękne!

Agatka, co ty myślisz o aborcji? - zadała mi pytanie jedna z moich znajomych. Wiem, że jesteś chrześcijanką, ale co wtedy, gdy dziecko jest chore, gdy wiadomo, że umrze kilka dni po porodzie?

Coraz częściej ktoś zadaje mi to pytanie - głównie za sprawą profesora Chazana, tak nagłośnioną w polskich mediach.

Dzisiaj pomyślałam: Maryja, po ludzku, miała prawo zabić Syna, ale wiedziała, że On nie należy do niej, ale do Ojca. Miała prawo! Te cudowne narodziny, bez fizycznego kontaktu z mężczyzną, ukazują piękno jej kobiecości i prawdziwej dobroci. To były naprawdę trudne czasy - przecież mogła zostać skazana na ukamienowanie! Kilka chwil w Betlejem i trzeba uciekać do Egiptu. Potem dowiaduje się, że jej duszę przeszyje miecz boleści. A gdy Jezus "gubi się" w świątyni, gdy po trzech dniach odnajdują Go w Jerozolimie, słyszy: czemu mnie szukałaś, czy nie wiesz, że należę do Ojca...? Maryja miała prawo poczuć się zraniona, w końcu - jak podaje Ewangelista - nie rozumiała tego, co się dzieje (zob. Łk 2, 50).

Podziwiam dzisiaj odwagę i zaufanie Matki Bożej. Sama często boję się podejmować decyzje, a Ona jest taka... radykalna! Chciałabym choć trochę jak Ona... Serio.

Biegła do Elżbiety, kiedy była w ciąży. Przytulała rękoma nagie ciało Swojego Syna. Pewnie wiele nasłuchała się na Swój temat. I widziała więcej niż przeciętna Matka (patrz: wesele w Kanie Galilejskiej). Nie dziwię się, że została wzięta do Nieba. Z ciałem.
-----------------------------------------------------------
Może ten wiersz jest o mojej (i do mojej) rodzonej mamy, ale wkleję - bo mi się podoba. :) Pisany "na kolanach".

Taka ona


pytania zabrzmiały ciszą
radość robi koktajl ze smutkiem
matka całuje dziecko
jedyna która pamięta

zaplotła warkocze
podniosła plecak zakładając na plecy
(i trzymając, by nie złamał kręgosłup)

taka ona
bohaterka
czasem można zapomnieć
że jest
bo to takie
normalne?
-----------------------------------------------------------
O Maryi też łatwiej pamiętać w maju i październiku, i podczas pielgrzymek. Na co dzień nie jest to zapewne tak proste.

Agatka, czy jesteś za aborcją?

Czy chciałbyś zabić Chrystusa, gdybyś był na miejscu Maryi? A może On nie należy do ciebie?

środa, 13 sierpnia 2014

post-Woodstock

- Pietrek jestem - przedstawił się młody, wytatuowany, niemal bezzębny mężczyzna. - Jestem Pietrek z Ukrainy.
To pierwsza osoba, która podeszła do nas - ewangelizujących na Polu Woodstokowym. Papieros między dwoma palcami, w drugiej dłoni puszka piwa - można byłoby powiedzieć, że jakoś szczególnie nie wyróżniał się w tłumie...
Chwilę później za Pietrkiem, w naszym kierunku, ruszyło jeszcze dwóch mężczyzn. Jeśli spojrzałabym na nich 2-3 lata temu, powiedziałabym: typowi menele. Przyznali, że stali się bezdomnymi, jeden z nich zapytał nawet, czy ktoś mógłby go nakarmić, bo od kilku dni nic nie jadł. Uderzyła mnie szczerość do bólu, otwartość i...
Zapytaliśmy Piotra, czy moglibyśmy się za niego pomodlić. Zaczął płakać: jasne, pomódlcie się też za moją chorą córeczkę, jest teraz na Ukrainie, ma ADHD i jeszcze kilka innych chorób... To nie był zwykły płacz "brudasa" w stanie upojenia alkoholowego, przypomniał mi raczej o ogromnej wierze Jaira w uleczenie umierającego dziecka! Nigdy nie zapomnę oczu Piotrka - przepełnionych nadzieją i pragnieniem, a także ufnością, że dla Pana Boga wszystko jest możliwe. Pomodliliśmy się wstawienniczo za niego i jego rodzinę.
- Pietrek, zechcesz się z nami pomodlić również za tego pana? - zapytałam, wskazując na jednego z meneli.
Nie było nawet momentu zawahania! I chociaż żaden z nich nie potrafił dobrze wypowiedzieć Modlitwy Pańskiej, doświadczyłam, że o nic (O NIC!) nie muszą się już bać, przecież jest NASZYM Ojcem!
- Za Gienka też się pomódlmy! - oczy Pietrka, przepełnione radością spotkania z Żywym, skierowały swój wzrok na trzeciego z mężczyzn. - Aby mu się dobrze powodziło.

Ojcze nasz, któryś jest w Niebie... Zaczęliśmy... Święć się Imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja... chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj... jako i my odpuszczamy... Amen!

 Gdy spoglądałam im w oczy, zrozumiałam wreszcie, po co i dla Kogo jestem. Był to dla mnie moment wielkiej próby, ogromnego zetknięcia nie tylko z ludzką biedą, ale przede wszystkim ze wspaniałą miłością Tego, który połączył nas w JEDNO. Diakona Pawła, kleryka Janka, Pietrka, Gienka i jego (anonimowego) kolegę, no i mnie, chwilę wcześniej niepewną i wystraszoną.

Zrozumiałam wreszcie prawdziwość błogosławieństw... Szczęśliwi to ci, którzy chodzą smutni... gdy JA przyjdę ich pocieszyć. Żyją w radości ci, którzy są głodni, bo JA mam ich nakarmić... Tak! Szczególnie uwierzyłam w to kilka dni później, podczas spowiedzi - przebaczono mi tak wiele... dlaczego miałabym nie rozdawać tego samego? Za darmo...

- Masz piękne oczy, takie dobre - powiedziałam dwudziestokilkuletniemu chłopakowi, który podszedł do nas razem ze swoim nieco starszym kolegą.
Naprawdę mi się podobały. Mocno brązowe, szczere i radosne, choć trochę przytłumione wcześniej wypitym alkoholem.
- Serio? Ej, słuchaj, ona mówi, że mam piękne oczy! Zobacz, serio? - patrzył na kompana, jak gdyby nie wierząc w to, co powiedziałam. - A jakie on ma? - zapytał, kierując palcem w stronę kolegi. - Jego też ci się podobają?
- Też, ale - mówiąc szczerze - twoje bardziej.
Zaczęliśmy rozmawiać. O wszystkim i o niczym. Trochę o rodzinie i znajomych, o relacjach z rodzicami, o tym, co robimy na co dzień. Niby zwykła rozmowa... Niby...
- Dobra, my spadamy, a wy dalej się bawcie! - powiedział ten starszy.
- Ale muszę cię jeszcze, Agata, przytulić. Nikt mi wcześniej nie powiedział żadnego dobrego słowa. Mogę cię pocałować? - zapytał. - Tylko w policzek...
- Jak w policzek - zaśmiałam się - to nie tylko możesz, ale musisz!
Widziałam, jak mocno zmieniła go prawda, którą usłyszał. Masz dobre oczy = możesz czynić dobre rzeczy! Być może dalej nie chciał w to wierzyć, ale to przytulenie, ten pocałunek... wszystko zdradzało, że coś dobrego wydarzyło się w jego życiu.
Dla takich chwil cieszę się, że często jestem niepoprawna i nieszablonowa. Cieszę się, że Pan Bóg stworzył mnie sangwinikiem, że - pomimo licznych zranień - mam odwagę, a przede wszystkim ochotę, by móc przytulić tych, których nikt wcześniej nie tulił, że dostrzegam to coś w oczach Drugiego. Nie ma nic piękniejszego niż spontaniczna modlitwa wdzięczności, nic cudowniejszego od szczerego uśmiechu, a nawet pocałunku, który... który mówił więcej niż dziesięciominutowa rozmowa o poglądach religijnych!

Jeśli nie staniecie się jak dzieci...  Pietrek i jego koledzy nie znali nawet dobrze Ojcze nasz. Chłopak od pięknych oczu cieszył się jak pięciolatek, który dostał od ojca nowy model samochodziku. Jak mocno nauczyli mnie pokory!

Kiedyś myślałam, że Pan Bóg może przyjść do mnie tylko wtedy, gdy będę grzeczna i ułożona, a moja pamięć stanie się przesiąknięta cytatami z Pisma świętego i wiedzą dogmatyczną o Bogu i Kościele. Na Woodstocku, w dwudziestym pierwszym roku życia zrozumiałam wreszcie, że to NIE JA, nie własna siła, nawet nie to, co powiem i w jaki sposób wymodeluję głos mogą przemienić ludzkie życie, ale łaska Boża, która często posługuje się "przypadkami". Wiele razy rozmowa zaczęła się od zwykłego "przybicia piątki", innym razem rozwinęła się po stekach przekleństw i wyzwisk (a skończyła na modlitwie i błogosławieństwie), jeszcze innym razem usłyszeliśmy "my po obrazek DLA BABCI".

Pan Bóg pokazał mi, że dla Niego nie ma ograniczeń czasowych czy ekonomicznych. Nie jest tylko MOIM Ojcem, dlatego nie mam prawa zamykać Go w sztucznych schematach. Przychodzi... tak do starego, jak i młodego, do bogatego i menela. Proponuje: jeśli chcesz, chodź za Mną...

Chodź i zobacz...Pan ucztę NAM przygotował.

Ojcze NASZ... niech się święci Twoje Imię!

Amen.










poniedziałek, 11 sierpnia 2014

wiadomość w butelce

Gdy byłam małą dziewczynką, marzyłam o tym, by znaleźć kiedyś list w butelce - jakąś pamiątkę, że istnieją dobrzy mężczyźni, może nawet rycerze, którzy - myśląc o swoich żonach - wrzucą wiadomość do wody, w nadziei, że ukochana odczyta, nie zapomni i będzie czekać, stojąc i wypatrując w oknie... Wierzyłam w tę wielką miłość od pierwszego wrażenia, miłość czułą i delikatną, która nie zazdrości i nie szuka uznania, jest cierpliwa, silniejsza od śmierci. Przemierzałam plażę w poszukiwaniu zdobyczy, z pełnym podnieceniem przeszukując puste butelki po piwach czy trunkach wysokoprocentowych. Chociaż listu nigdy nie znalazłam, nie przestałam wierzyć w tę MIŁOŚĆ, mimo że zmienił się obiekt moich westchnień, i sama nie szukam już butelek z wiadomościami, mając świadomość, że nie w nich odnajdę odpowiedzi na pytania: czy ten Jedyny jeszcze żyje, czy faktycznie się o mnie troszczy, czy...? Znalazłam inny punkt zaczepienia, choć pragnienie kochania i bycia kochaną tak samo żywe jak piętnaście lat temu...

Czasami wydaje mi się, że wiara jest jakimś oczekiwaniem na cud. Chodzę, szukam, robię wiele... byle tylko odnaleźć list, potwierdzenie, że ktoś na mnie czeka, kocha i tęskni. Niekiedy w tych poszukiwaniach błądzę. Innym razem przechylam niewłaściwą butelkę, oblewając się trującymi środkami - szukając szczęścia w niewłaściwym miejscu. Pragnienie żywego spotkania, na szczęście, okazuje się silniejsze od tego, co mnie spotyka. Staram się nie zrażać niepowodzeniami, choć może czasem marudzę, bo taka moja kobieca natura. Uczę się tego, by nie uciekać, ale ufać. Odbieram wiadomości z otoczenia, choć - mam nadzieję - przede wszystkim z własnego serca. Ono już poznało tę Miłość, szczególnie w dniu ojca 2009 r., gdy po raz pierwszy namacalnie doświadczyłam Bożej miłości. Gdy ktoś mówi: On cię nie kocha, On o tobie zapomniał, przypominam sobie wszystkie chwile, kiedy był obok, kiedy czule do mnie mówił, kiedy... Wcale nie było ich tak mało. O niektórych napisałam już tu, na blogu, inne skrzętnie zapisuję w pamięci. Wracam do nich, gdy ciężko, gdy nie daję rady, gdy zwyczajnie wysiadam.

Otwieram Pismo Święte. Odczytuję wiadomości. Słucham miłosnego szeptu, szukam Miłości, stałej i niezmiennej od wieków.

Czyż może niewiasta zapomnieć o swoim dziecku? - pyta. A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę...

Serce drży. Tak bardzo to wszystko aktualne. Tak mocno na czasie.

Ja jestem z wami po wszystkie dni... Nie bój się, mała trzódko, bo spodobało się OJCU waszemu dać wam królestwo... Kto trwa w miłości, trwa w Bogu... Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia... 

Kolejne listy, które porywają serce do jeszcze większego pragnienia.

Ktoś kiedyś powiedział, że Pan Bóg nie dlatego milczy, że o nas zapomniał, ale dlatego zdaje się nie mówić, gdyż pozwala nam przetrawić to wszystko, co już o Sobie powiedział.

Szukam, słucham, pragnę... Wołam, poszukuję, błądzę... I czekam na kolejne wiadomości. Wiem, że je odnajdę. Obiecał, że nie zapomni. Wierzę? Pragnę. Wystarczy (?).

=================================================
Mam 21 lat, no prawie. Przeżyłam wiele - łącznie z rozczarowaniem, porażką, budowaniem życia od nowa, rozwijaniem pasji, ekscytacją i poczuciem wygranej... Cieszę się, że pomimo wszystko, a może ponad wszystko dalej wierzę w tę Miłość. Wierzę, bo pozwoliłam Mu w siebie uwierzyć. Przyjęłam - i ciągle uczę się przyjmować - tę Miłość, którą żywi do mnie Ten, który wyrył mnie na Swoich własnych dłoniach i przybił je - dla mnie - na krzyżu.

To nie banał, choć może mój język brzmi poetycko (albo mi się tak wydaje?). To moje życie, życie, które może czasem zdaje się mnie samą przytłaczać. Na szczęście, na szczęście (!) pragnienie nie gaśnie. Więcej, rośnie - z każdym większym porywem serca, z każdym podmuchem Ducha Świętego, z każdym "przypadkowym" spotkaniem, z każdym uśmiechem nawróconego człowieka. Wiem, że warto. Wiem.
=================================================
W wierze nie ma czarnych flag wywieszanych po to, by ukochana zobaczyła, że nie musi już czekać, gdyż mężczyzna zginął na wojnie. Pismo święte, tak aktualne kilkanaście tysięcy lat temu, ciągle żywe i... ożywiające! Nie piszę tego na prochach, nie piszę z jakiegokolwiek fizycznego czy psychicznego przymusu, piszę dlatego, gdyż wiem, że warto. Warto pozwolić sobie uwierzyć w Miłość, warto przylgnąć do Miłości, warto mieć pragnienia większe niż jedzenie czy nocleg.

Bo królestwo Boże to nie sprawa tego, co się je i pije, ale to sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym. (Rz 14, 17)

=================================================
Jestem teraz na takim etapie w swoim życiu, że niewiele rozumiem z tego, co się dzieje. Proszę o modlitwę. Bym w drodze nie ustała.
Wspierajmy się wzajemnie!
=================================================
Wiadomość, którą trawię od kilku dni:
Ufaj, córko, Pan nieba obdarzy cię radością w miejsce twego smutku, ufaj córko! (zob. Tb 7, 17)

Czy możliwa jest ufność... pomimo wszystko? Zupełna, bezgraniczna, dziecięca...?

Pragnę (choć to może nawet niedzisiejsze).
Wystarczy?

czwartek, 7 sierpnia 2014

za kogo? za... mnie?

Panie, daj, abym wzrastał i obfitował w miłości dla wszystkich (1 Tes 3, 12)

Kiedy szłam w poniedziałek zrobić zakupy, zaczepiły mnie w Gdyni dwie starsze panie.
- Czy szuka pani prawdy?
- Już ją odnalazłam, teraz nie chcę jej utracić.
Spojrzały się na siebie. Do teraz zastanawiam się, co mogły wówczas o mnie pomyśleć. Oszalała? Spadło jej coś na głowę? Chora psychicznie? A może... może...
- To co jest dla pani prawdą? - zapytała mnie, dociekając, staruszka.
- Jezus Chrystus.
Jeszcze większa konsternacja. Zmieszanie.
- To tu ma pani ulotkę - wcisnęła mi w rękę żółto-czarną kartkę oblepioną cytatami z Pisma świętego - tu ma pani adres internetowy, może pani więcej poczytać. Może w końcu pozna pani prawdę. Do widzenia.
Odeszły szybkim krokiem. Nie chciały mnie nawracać. Szkoda, naprawdę!, szkoda.


Za kogo uważają Mnie ludzie?

Poznałam chłopaka, który nie nazywał Boga Jezusem, ale nadał mu piękne imię... Andrzej. Rozmawia z Nim - ze swoim Andrzejem, kłóci się, przeprasza i dziękuje, często prosi o coś dla siebie i swojej dziewczyny. Powiedziałam mu, że wolę, jak ktoś spersonifikuje swojego Boga, niż nazwie Go Bozia i myśli, że fruwa gdzieś w chmurach. Serio. Choć może i to jest niepoprawne religijnie.

Za kogo uważają Mnie ludzie? 

Chciałabym móc powiedzieć, że Jezus Chrystus jest moim jedynym zbawcą, że ufam Mu nade wszystko, że tylko w Nim pokładam swoją nadzieję. Wiem jednak, że często to tylko teoria, bo moje życie wskazuje na coś zupełnie innego - szukam W SOBIE zaspokojenia, W SOBIE SAMEJ poczucia bliskości, a INNYCH LUDZI stawiam ponad Nim. Pewnie do końca życia będę mieć z tym problem.

Wydaje mi się, że głównym problemem młodych nie jest brak wiary w Boga, ale brak zaufania Jemu.

Ja to właściwie wierzę, że Jezus jest, ale nikt mi nigdy wcześniej nie powiedział, że On mnie kocha - wyznała na Woodstocku dwudziestokilkuletnia dziewczyna.

Za kogo uważają Mnie ludzie?

Przez większą część mojego życia chodziłam do kościoła, czytałam pobożne książki, czasem nawet modliłam się na różańcu, ale moje życie było... smutne? jałowe? bez większego celu? Gdy w 2009 r. poznałam Jego miłość, kiedy doświadczyłam Jego dotknięcia, dopiero wtedy zrozumiałam: chcę iść tam, gdzie nikt nie szedł, chcę mówić o tym, jak On kocha, chcę! Dlatego, że doświadczyłam.

Nie własnymi siłami, nie przez te kilkugodzinne modlitwy, nie... ale w ciszy rekolekcji, "przypadkach", w oczach dobrego kapłana.

Wiem, że często to, co piszę, może wydawać się nawet zbyt intymne. Ja bym tak nie umiał... - wyznał mi ostatnio pewien człowiek.

Jestem sangwiniko-melancholikiem, a ponadto uwielbiam pisać. Dlatego dzielę się tak, a nie inaczej.

Choć staram się, by głównym moim apostolatem był... UŚMIECH.

Za kogo uzna mnie Pan Bóg, gdy przyjdzie?
Czy znajdzie we mnie... człowieka?

wtorek, 5 sierpnia 2014

"przypadki" chodzą po ludziach :)

Pan skierował do mnie następujące słowo: "Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów ustanowiłem cię". I rzekłem: "Ach Panie, przecież nie umiem mówić, bo jestem młodzieńcem!" Pan zaś odpowiedział mi: "Nie mów: jestem młodzieńcem, gdyż pójdziesz, do kogokolwiek cię poślę, i będziesz mówił, cokolwiek tobie polecę. Nie lękaj się ich, bo jestem z tobą, by cię chronić" - wyrocznia Pana. I wyciągnąwszy rękę, dotknął Pan moich ust i rzekł mi: Oto kładę Moje słowa w twoje usta. Spójrz, daję ci dzisiaj władzę nad narodami i nad królestwami, byś wyrywał i obalał, byś niszczył i burzył, byś budował i sadził"
Jr 1, 4-10

- Nie przyjechałam tylko na Przystanek Jezus, przyjechałam do tych ludzi na Woodstock, myślę, że oni mnie mocniej potrzebują - wyznała siedząca obok mnie dziewczyna. 

Wymiana spojrzeń. Tak mocno zgadzałam się z nią w tym momencie. Przyjechałam na WOODSTOCK, by - w imieniu Pana Jezusa - głosić kerygmat, podnosić z kolan, przytulać i błogosławić. Młoda dla młodych. Ta, która doświadczyła działania Pana Boga w swoim życiu do tych, którzy jeszcze nie poznali, którzy nie mają odwagi zaufać, bądź przez różne sytuacje życiowe zdają się tracić wiarę. 

Skłamałabym, mówiąc, że wyjazd do Kostrzyna niewiele mnie kosztował. Nie chodzi o kwestie finansowe, chociaż one są również bardzo ważne, raczej o to, co mocno rozgrywało się w moim sercu. Strach, przerażenie, a zarazem ciekawość i pytanie: jak będzie? 

Gdy zapisałam się na Przystanek Jezus, przez kilka dni nie dostawałam odpowiedzi. Wysłałam zatem maila, by utwierdzić się, czy w ogóle mogę pojechać, czy też nie. Nazajutrz zadzwonił do mnie ks. Artur Godnarski - organizator, mówiąc że nie mogą mnie przyjąć, bo nie posiadam wspólnoty... Pomyślałam: o kurka... No tak... Nie mam... Fakt... Tłumaczyłam jednak, że byłam we wspólnocie zakonnej do kwietnia, że teraz - z powodów komunikacyjnych i logistycznych - nie mam możliwości uczestniczenia w życiu żadnej grupy. Po kilku minutach dialogu, usłyszałam: dobrze, zapisuję cię, zaraz wyślę ci maila z potwierdzeniem. Czy się ucieszyłam? Owszem. Chociaż razem z radością rosło we mnie przerażenie. Autentycznie bałam się tego, co może mnie spotkać. Nie miałam też pieniędzy, by w kilka dni opłacić zaliczkę. 

Na pomoc przyszła mi Martyna - moja Przyjaciółka (której z tego miejsca pragnę serdecznie podziękować!). Choć mój strach zdawał się rosnąć, a nie maleć, dojrzewało we mnie jeszcze większe przeczucie, że jestem w dobrych, bo Bożych rękach!

26 lipca, dzień przed oficjalnym rozpoczęciem Przystanku Jezus, wyruszyłam razem ze znajomą autostopem z Krakowa do Kostrzyna. Dla mnie samej było to pierwsze autostopowanie na taką odległość. Jednak stosunkowo szybko utwierdziłam się w tym, że ludzie są piękni i dobrzy, a także, że warto ryzykować i spełniać marzenia.

Najpierw pojechałyśmy z młodą parą (która udzieli sobie w środę sakramentu małżeństwa!) do Katowic, następnie z zapalonymi autostopowiczami wylądowałyśmy za bramką na autostradzie nieopodal Gliwic. Minęła minuta, może dwie i... pojawił się ON - Pan Andrzej, kierowca pustego autokaru, zmierzający do Berlina. 
- Dokąd chcecie jechać? 
- Yyyy... do Wrocławia?
- Wsiadajcie.

Muszę dodać, że jednym z marzeń mojej kompanki podróży było, by złapać w końcu autokar na stopa. Wypowiedziała to podczas naszej krótkiej porannej modlitwy.

Gdy zatrzymałyśmy się na stacji paliw, zaczęłyśmy się zastanawiać, gdzie przenocujemy... Nie czułam jakiejś mocnej presji. Wiedząc, że mamy podpisy duszpasterzy, liczyłyśmy na nocleg na plebanii. Padła jednak propozycja, by zapytać pana Andrzeja, czy nie mógłby przenocować nas w swoim autokarze...

Nie musiałyśmy wcale prosić! Sam to radośnie zaproponował! Zaczęłam się śmiać, że Pan Bóg musi mieć naprawdę mocne poczucie humoru. Troszczy się nie tylko o nasze dusze, działa nie tylko w wieczności, ale CHCE być ze mną tu i teraz, dając mi to, czego najbardziej potrzebuję w danym momencie. Daje nawet takie proste rzeczy, jak pokarm czy nocleg.

Po kilkugodzinnym śnie wyruszyłyśmy w dalszą podróż. Miałyśmy zatrzymać się w Słubicach, stamtąd miałybyśmy ok. 35 km do Kostrzyna. Jednak, przez naszą nieuwagę, wylądowałyśmy na stacji benzynowej w... Niemczech! Przejechałyśmy polską granicę! 

Kończyła się nam woda, już o 8:00 rano był niesamowity upał... Dodatkowo znałyśmy języki obce na żenująco niskim poziomie. Nie miałyśmy też - rzecz jasna - Euro, więc ciężko byłoby nam coś kupić, zresztą obie nie wzięłyśmy z sobą zbyt wiele pieniędzy (w końcu jechałyśmy autostopem!). 

Początkowo zaczepiałyśmy ludzi na stacji. Na tabliczce miałyśmy napis Seelow - tak brzmiała miejscowość, z której miałyśmy szybko wydostać się do Polski. Bezskutecznie. Albo zapełnione auta, albo niezrozumienie naszej sytuacji, albo... Po jakimś czasie zatrzymał się Litwin, który podwiózł nas kilka kilometrów - do miejsca bardziej przybliżonego z polską granicą.

Tam zostaliśmy również wylegitymowani przez niemieckich Polizei (wtedy zrozumiałam, że można się dogadać, znając trochę niemieckiego i angielskiego, i migowego). Panowie byli uprzejmi i - jak obie stwierdziłyśmy - bardzo przystojni. :)

Tutaj rozpoczęła się przygoda dnia, przygoda, którą zapewne będę opowiadać również moim dzieciom. Po kilkugodzinnym oczekiwaniu na podwózkę, zupełnym braku wody i podczas zmęczenia, które zaczęło opanowywać nasze ciała, zauważyłyśmy, że kilkaset metrów dalej są jakieś domy. 
- Idziemy?
- Może tam ktoś naleje wody? 
- Może podwiozą nas chociaż do Frankfurtu? 

Pytania przepełnione nadzieją zdawały się nie mieć końca. Weszłyśmy do Jacobsdorf, stamtąd - wcześniej trochę pobłądziwszy - doszłyśmy przez okoliczny las do Pillgram... Jesteśmy na szlaku św. Jakuba nad Odrą! Przypadek? Dzień wcześniej obchodziliśmy jego wspomnienie, prosząc go o pomyślność podczas naszej pielgrzymki autostopowej. W sumie przeszłyśmy tą drogą jakieś 15-20 km, niosąc na plecach nie tylko kilkunasto- (kilkudziesięcio-?) kilogramowe plecaki turystyczne, ale również wszystkie intencje, z którymi pielgrzymowałyśmy.

Wody brakowało, ciągle brakowało. Podeszłam do pani Niemki, która stała przy płocie obok swojego domu. Wasser, please? Spojrzałam na nią z miną zbitego niedawno psa. Das ist Kneipe! - odpowiedziała. Jej mina pokazywała, że nie jest w stanie, że nie chce nam pomóc... Panie Boże, jeśli mam umrzeć, niech nie będzie to śmierć z wycieńczenia - pomyślałam... I tutaj, ku mojemu WIELKIEMU zdziwieniu, otworzyło się okno samochodu, stojącego nieopodal przy przejściu dla pieszych. Miła i uśmiechnięta, około trzydziestoletnia kobieta, zapytała czy potrzebujemy wody i z radością wyciągnęła ją z tylnego siedzenia swojego samochodu! Nasza modlitwa została wysłuchana! Bezinteresowność drugiego człowieka nie zna granic! Kto prosi, ten otrzyma! 

Wielka lekcja pokory i zaufania. Ogromna lekcja. Potem było ich jeszcze co najmniej kilka...

Najbardziej bolało mnie to, że jesteśmy tak blisko, a jednocześnie tak daleko miejsca docelowego. Dzieliło nas jakieś 50 km od Kostrzyna, 15 km od granicy... Z odsieczą przyjechał pan - uśmiechnięty Niemiec. Kompletnie nie rozumiałam, o co mu chodzi, ale śmiałam się razem z nim :) Podwiózł nas do Słubic, już za granicę niemiecką, wyściskał i... wrócił do siebie! Z rozmowy wywnioskowałam, że nie jest chrześcijaninem. Urzekł mnie jego uśmiech, chowam go ciągle w mojej pamięci. Bezinteresowność!

Byłyśmy w Słubicach około godziny 17:40. Msza święta miała rozpocząć się o 18:30, żywiłyśmy nadzieję, że się na niej znajdziemy... Po sprawdzeniu odjazdu busów, okazało się, że nie dojedziemy w ten sposób... Wybiła godzina 18:00. Wypatrzyłyśmy kościół, a nawet plebanię, nie mogłyśmy jednak dodzwonić się do żadnego z mieszkających tam księży. Stanęłyśmy przy jakimś przystanku. Kilkanaście minut. JEST! Pan, jak powiedział, z ciekawości, wziął nas, aby poznać intencje, z którymi jedziemy na pole Woodstockowe. Cieszył się, że wyruszyłyśmy w ramach Przystanku Jezus - sam zresztą podzielił się z nami swoją wiarą.

Było już po godzinie 19:00. Dzisiaj będziemy bez Mszy świętej - pomyślałam. Jak mocno się myliłam! Pan Bóg i o to się zatroszczył! Eucharystia rozpoczęła się z opóźnieniem, byłyśmy 10 minut przed nią na bazie Przystanku Jezus! Przypadek?

==============================================
Na samym Przystanku Jezus, a potem na Woodstocku... Wielość rozmów, spotkań, uśmiechu... Radości przeplatanej z bólem i cierpieniem, niekiedy wypowiedzianym po wielu latach... Tęsknota.

Nie zapomnę... 

Nie zapomnę twarzy Oli i jej chłopaka, którzy podeszli do nas - ewangelizatorów, mówiąc: my po obrazek dla babci, bo ona się lubi modlić. Jedna z dłuższych rozmów, w których utwierdziłam się, że Bóg naprawdę żyje, kocha, chce przemieniać i uzdrawiać człowieka! Nie zapomnę wypowiedzianego przez Olkę żalu - w gimnazjum została - przez kolczyk w nosie - wyrzucona z religii, krzyczano też na nią, że bardziej niż do kościoła, powinna iść do piekła... Przez kolczyk w nosie - wyraz buntu, chęć pokazania swojego bólu, jaki nosiła podczas przejść z ojcem-alkoholikiem. Duch Święty - wierzę - podsunął mi słowa: przepraszam Cię za to, co wycierpiałaś, wiem, co czujesz, wiem, bo sama to przeżyłam. Płakałam wraz z płaczącą, wzruszył się również diakon, który był z nami. NIE WIERZĘ, ŻE SAMA BYM TO WYPOWIEDZIAŁA! Był to moment mojej przemiany... kolejnego przełomu w moim własnym życiu...! Dotknęłam tematu, który bolał MNIE samą!

Były też momenty trudne. Pytanie rozwścieczonego chłopaka: czy moją duszę też sprzedacie za 1000 zł? Żołnierz, który przeżywał dylematy wewnętrzne - wrażliwiec, który nie skrzywdziłby muchy, a musi walczyć z człowiekiem... Eks-klerycy... Chłopak z bliznami na nogach, jak sam mówi - ateista, pół-sierota, proszący o modlitwę za swoją ciężko chorą mamę (tylko ona mu pozostała...). 

Niektóre spotkania również radosne - czyli ci, których się nie spodziewałam, którzy wyhaczyli mnie "przypadkowo" (jak s. Ania, której bloga czytam od kilku lat, a nigdy wcześniej nie widziałyśmy się w realu). 

To wszystko utwierdziło mnie w tym, że Pan Bóg JEST, czuwa, kocha, działa! I troszczy się nie tylko o wieczność, ale chce przemieniać moje życie już TERAZ.

Już rozumiem, dlaczego żyłam w kryzysie od początku do końca spotkania. Musiałam w końcu zrozumieć i przyjąć do wiadomości, że nie żyję tylko dla siebie, a wszystko, co mnie spotyka nie jest w ogóle moją zasługą.

Rzadko mówiłam podczas ewangelizacji. W tym czasie się modliłam. I nie dlatego, że nie wiedziałam, co powiedzieć, ale pragnęłam przede wszystkim, by nie był to czas przeze mnie przegadany, ale moment, w którym ci, których spotkam, NAMACALNIE doświadczą - jak i ja - działania Tego, dla którego przecież przyjechałam!

==============================================

Nieprzypadkowo ten fragment Pisma rozpoczyna moje świadectwo, które - w sumie - mogłoby być jeszcze dłuższe... 

Pan Bóg uczynił ze mnie takiego Jeremiasza... Jeremiasza, który bał się wyruszyć, który bał się swojej misji. A Pan pokazał mi - jak i prorokowi - że warto! Warto zaufać!

W ostateczności przecież tylko On się liczy. Nie pieniądze - bo ich nie posiadam. Nie telefon - leżał rozładowany przez te kilka dni. Nawet nie moje rany - choć i one mogą zajść jak bielmo, zakrywając Jego miłość.

Modlitwa i głoszenie Słowa, które prowadzi do spotkania z Żyjącym. Serio, nie ma niczego piękniejszego! Wiem! Doświadczyłam!

Nie tylko zresztą ja...

Wierzę.

==============================================

"Skoro bowiem świat przez mądrość nie poznał Boga w mądrości Bożej, spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia słowa zbawić wierzących. Tak więc, gdy Żydzi żądają znaków, a Grecy szukają mądrości, my głosimy Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan, dla tych zaś, którzy są powołani, tak spośród Żydów jak i spośród Greków, Chrystusem, mocą Bożą i mądrością Bożą. To bowiem, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a co jest słabe u Boga, przewyższa mocą ludzi"
1 Kor 1, 21-25

wtorek, 22 lipca 2014

pragnienie, poszukiwanie, walka

Dawno nic nie pisałam, a to dlatego, że nie mam czasu. Obecnie znajduję się jakieś 800 km od domu, w pewnej wiosce koło Tarnowa. Czuję się dobrze, bardzo dobrze. Uwielbiam tych ludzi, których ciągle na nowo poznaję. A przy okazji uczę się żyć, staram się wstawać z uśmiechem i jeszcze większym kłaść do łóżka. Nawet się to dość często udaje.

Jakieś dwa tygodnie temu zadzwonił do mnie Mirek - pan, który chce zrobić mi tomik poezji. Nie zdążyłam wysłać mu przed wyjazdem moich wierszy. A tutaj ich nie miałam, wszystkie moje notatki zostały skrzętnie pochowane na półkach, w książkach, w kilku grubaśnych zeszytach (a raczej okładkach z powyrywanymi zewsząd i powkładanymi 'byle jak' kartkami). W ciągu dwóch godzin udało mi się stworzyć sześć wierszy. Nie wiem, czy to arcydzieło, czy w ogóle do czegoś się 'nadają', ale z pewnością zapamiętam tę akcję na dłużej.

W piątek wieczorem wyjeżdżam do Krakowa, by w sobotę wyruszyć do Kostrzyna nad Odrą. Autostopem na Przystanek Jezus. Młoda dla młodych. Powinnam zacząć się chyba bać, ale póki co jestem pełna pokoju, niesamowite. :)

W ubiegłą niedzielę byłam ze znajomymi w kinie na filmie Zbaw nas ode złego. Przyznam, że podobało mi się w nim kilka momentów, choć uważam też, że było w nim zbyt wiele elementów "zaskakujących" - do tego stopnia, że po jakimś czasie stał się on naprawdę przewidujący, Podobał mi się jednak pewien moment, w którym padły słowa: Święci to nie specjaliści od moralności. Święci to ci, co służą dobru. Były dla mnie samej zwieńczeniem niedzielnej Ewangelii o chwaście i pszenicy...

Po powrocie z kina rozegrała się dość burzliwa dyskusja światopoglądowa. Uwielbiam ludzi, którzy myślą inaczej ode mnie, nie boją się wyrazić swojej opinii i są otwarci na argumenty z mojej strony. Doszłam do wniosku, że wielu z moich znajomych ateistów (tych, którzy sami siebie tak określają), jest bardziej wierzących ode mnie samej. Serio. Bo czy nie pragnienie Dobra i Miłości, a nie ilość klepanych - nawet na kolanach - modlitw, powinno bardziej cechować chrześcijanina?

Proszę o modlitwę. Bym w Drodze nie ustała.

Bym nie zdziadziała. I nie stała dewotką.

To byłoby chyba najgorsze, co mogłoby mnie spotkać....


------------------------------------------------------------------

Obecność

jeśli być strusiem to głową w chmurach
piach już taki
pospolity

i tak cię w nim znajdą

a jeśli psem
jeśli orłem
herosem 
tytanem

świnią jesteś gdy nie pamiętasz
gdy uciekasz
gdy

"zapomnij że jesteś
gdy mówisz że kochasz"

przypomnij sobie że jesteś
gdy już pragniesz kochać

milknę 
sypię banałami

poeta?