wtorek, 11 listopada 2014

Deus providebit

Dzisiaj byłam w szpitalu u jednej z bliskich mi osób. Bałam się tam jechać. Nie znoszę szpitalnego klimatu, nie wiedziałam też, co mnie tam spotka, kogo zobaczę i jak zareaguję na chorobę i cierpienie kogoś bliskiego i osób z jego otoczenia. Sięgnęłam do Liturgii Godzin. Wtedy oniemiałam. W modlitwie południowej czytanie brzmiało: Polecenie, które ja ci dzisiaj daję, nie przekracza twych możliwości i nie jest poza twoim zasięgiem. Słowo to bowiem jest bardzo blisko ciebie; w twych ustach i w twoim sercu, byś je mógł wypełnić. (Pwt 20, 11. 14) Wówczas już wiedziałam, co muszę zrobić. I łatwiej było mi ubrać się cieplej i wyjść z domu. Przestałam się bać.

Gdy patrzę na cierpienie, ogarnia mnie często niemoc i współczucie. Pamiętam, jak półtora roku temu, w maju 2013 r., pomagałam siostrom misjonarkom miłości przy osobach chorych w domu pomocy społecznej. Powyginane kończyny. Oślinieni, posiniaczeni, z trudnością w mowie czy chodzeniu. Niektórzy samotni, skazani na samotność - rodzina zostawiła, nie mając czasu i sił się opiekować. Bali się ciężaru - nie oceniam, ale i nie usprawiedliwiam - tak po prostu jest.

 Pamiętam kilka osób. Wspominam pana Jana, który powiedział, że jestem podobna do jego zmarłej żony. Bardzo mu się podobałam, jakoś szczególnie tego nie ukrywał. Kiedy na mnie patrzył - a widzieliśmy się dwukrotnie - prosił, bym nie przestawała się uśmiechać... Czasem przestaję, ale ci, którzy mnie znają, wiedzą, że bardzo często na krótko. Jedno szczęście! Pamiętam też panią. Nie wiem, która choroba ją wyniszczała. Miała spuchniętą maksymalnie twarz. Po twarzy ciekła jej ślina. Prosiła o modlitwę. Ożywiła się, gdy modliliśmy się do Ojca NASZEGO. I jej, i sióstr, i lekarzy, i mojego...

Pamiętam też starszego pana. Chorował na Parkinsona. W szyi miał rurkę tracheotomijną. Na palcach pokazał ilość lat - 8 lat z tym urządzeniem w szyi. Nie wiem, czy jeszcze żyje, czy nie. Nie zapomnę jego uśmiechu i błogosławieństwa - nie mógł zrobić nic innego, nie miał na to sił... Podniósł tylko prawą rękę i nam błogosławił, raz po raz czyniąc dłonią znak krzyża.

Niedawno rozmawiałam z ojcem werbistą, którego poznałam wówczas w Katowicach. Powiedział mi o śmierci swoich - naszych - podopiecznych. Minęło półtora roku, a już kilku odeszło, inni bezdomni walczą o życie - przede wszystkim z samymi sobą i nałogiem alkoholowym. Nie żyje pan bez obu nóg. Polubiłam go. Zniszczyła go miażdżyca i alkohol, który pił ciurkiem od wielu lat. Był dla mnie wyjątkowo miły. Pokazywał różaniec-obrączkę na palcu i koszulki religijne - mówił, że się nawrócił, że chciałby zacząć nowe życie, ale bez nóg będzie mu z pewnością ciężko. Już nie żyje, podobno gdyby nie alkohol, mógłby pożyć jeszcze kilka lat. Ale zaczął pić, odstawił leki... Szybciej spotkał się ze Zmartwychwstałym.

Nie rozumiem cierpienia. Nie rozumiem, dlaczego często cierpią ci, którzy - według mnie - cierpieć nie powinni. Nie rozumiem, dlaczego matka opuszcza swoje dzieci, kompletnie nie przejmując się ich losem. Nie rozumiem, dlaczego ojciec spędza długie godziny w szpitalu, z wyrokiem śmierci ciążącym mu nad głową. Nie rozumiem, dlaczego przyjaciel odchodzi w momencie, w którym najbardziej go potrzebuję.

Nie lubię teorii, choć czytam masę książek. Gdybym nie starała się przełożyć ich na życie, byłoby to co najmniej bezcelowe. Gdybym nie stała się choć odrobinę lepsza, dojrzalsza, mądrzejsza... na nic byłyby te wszystkie doświadczenia. Choć nie wiem, jak mi wychodzi, bo nie jestem sędzią we własnej sprawie, czas pokaże. Obym nie stała się starą, przemądrzałą jędzą - w innym przypadku musicie mnie znosić.

- Proszę ojca, gdzie był Bóg, gdy umarła ta osoba, o której powiedział mi Maciek?

Nie rozumiem cierpienia, ale mogę być przy cierpiącym. Nie pojmuję, dlaczego niektórzy muszą płakać, ale mogę otrzeć łzę, albo zwyczajnie posiedzieć i pomilczeć. To zdecydowanie lepsze od mówienia będzie dobrze. Nie znoszę zaklinania rzeczywistości! Powiedzieć będzie dobrze osobie samotnej na wózku inwalidzkim? Dziecku w sierocińcu, którego matka zostawiła po libacji alkoholowej? Matce, która straciła troje dzieci w wypadku samochodowym?
Będzie dobrze?

Gdy w Gdyni dziś przemaszerował pochód z okazji Święta Niepodległości, gdy ludzie cieszyli się, że jest wolne, ja siedziałam na łóżku szpitalnym i jadłam słone paluszki, popijając je gorącą kawą z fusami. Widziałam troskę człowieka o człowieka. Napisałam mojemu ojcu duchowemu, że nie wiem, czy umiałabym z taką troską jak Jerzy zająć się schorowanym kolegą. Poprawić poduszkę, pomóc podłączyć tlen, porozmawiać, wesprzeć na duchu... Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się tego po nim. Widziałam człowieka w człowieku.

I choć nikt nie mówił o Bogu (jedynie ja sama powiedziałam o sprawowanej Mszy w jego intencji), dostrzegłam Jego obecność. Wierzę, że przychodzi On zawsze, gdy człowiek troszczy się o człowieka. Do każdego pragnienia bycia lepszym. A szczególnie do osób cierpiących... w końcu sam Jezus nie jest teoretykiem. Cierpienie, smutek, strach, samotność... On to również przeżył, czy to w drodze na Golgocie, czy w Ogrójcu, czy przy śmierci Łazarza...

Wykonałam swój obowiązek. I chociaż mój angielski dalej leży i kwiczy, wiem, że to nieistotne. Dotknęłam świętości - i to wcale nie są górnolotne słowa.

Choć teraz, wśród wielu modlitw, będę musiała poprosić o dar języków. A pani z angielskiego to mnie chyba w czwartek zabije :)

Liturgia Słowa. Również z dzisiaj. Modlitwa przedpołudniowa.
Jeśliby ktoś posiadał majętność tego świata i widział, że brat jego cierpi niedostatek, a zamknął przed nim swe serce, jak może trwać w nim miłość Boga? Dzieci, nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą. (1 J 3, 17-18)

Deus providebit. Bóg się zatroszczy.

Odwagi.


sobota, 8 listopada 2014

tyle

Dawać, dawać, dawać... Wydawałoby się, że chrześcijaństwo przepełnione jest altruizmem - na pewno z definicji. Kochaj bliźniego swojego... I tak dalej, i tak dalej. Być dobrym dla innych, przekraczać swoje słabości, niejako 'spalać' się... Dawać, dawać, dawać... i ciągle DAWAĆ.

Ostatnio zauważyłam, że bardzo mocno drzemało we mnie poczucie, że ZBYT MAŁO komuś daję. Czy to czasu, czy pieniędzy, czy życzliwości... Chrześcijaństwo? Moje chrześcijaństwo?
Kiedy nie miałam sił wstać z łóżka na środowy wykład o ósmej rano. Gdy nie chciało mi się iść kupić coś do zjedzenia proszącemu o pieniądze na chleb bezdomnemu. Kiedy zabrakło mi czasu na odwiedzenie bliskiej mi osoby. I kiedy zwyczajnie nie chciało mi się usiąść ze współlokatorami i wypić piwo po całodziennej pracy.

Pracuję, studiuję... NIE MAM CZASU. A tu trzeba dawać, dawać, dawać jeszcze więcej... Nie zastanawiając się, co w zamian...!

Chrześcijaństwo?

I narosła we mnie pokusa, by nic od nikogo nie brać. To ja jestem dawcą, inni mogą co najwyżej ode mnie brać. Altruizm do potęgi dziesiątej.

Dawać jeszcze więcej.

Aż kiedy zabrakło mi sił, zwyczajnie, po kilku tygodniach pracy, nauki, pracy, nauki... Sił psychicznych przede wszystkim...

Kochaj bliźniego swojego... JAK SIEBIE SAMEGO!

Czasem wziąć jest trudniej niż dać. Brać garściami, gdy nikt nie patrzy? Zapewne można. Gdy jednak przyjdzie o coś poprosić... Gdy trzeba zdać się na łaskę lub niełaskę drugiej osoby. Gdy pycha nie pozwala, aby uznać, że NIE DAJE (się) rady.

Gdyby moje chrześcijaństwo było dla mnie tylko ideologią, pewnie w ogóle nie byłoby problemu. Jednak, dzień za dniem, coraz mocniej staje się ono nie tylko sposobem na życie, ale życiem w ogóle.

Dawać łatwo - szczególnie wtedy, kiedy jest się chwalonym i docenionym, a brać?

Gdy patrzę również na moje życie duchowe... Ilość 'zdrowasiek' w ciągu życia, godziny modlitw wspólnotowych, wiele Mszy świętych - nie tylko w niedzielę... Bóg rozliczy, Bogu się należy, Bóg się cieszy, Bóg...

Ja Mu różaniec, a On mi... Ja Mu zdrowaśkę, a On mi... Ja Mu uśmiech, a On...?

A na końcu się rozliczymy. Ile On mi dał, ile ja nie wzięłam. Jak mocno chciał mi dać, a ja nie przyjęłam. Ile ja Mu dałam, ile...

A może tu chodzi nie o zdrowaśki, nie o klęczenie, nie o modlitwy wspólnotowe, nie o dawanie, ale... relację?
Może Ten, którego chrześcijanie nazywają Trójcą Świętą - Ojciec, Syn i Duch Święty... może mam z Nimi stworzyć tę relację zaufania?

Może to nie chodzi o koronki, nowenny czy różaniec, ale pozwolenie Ojcu, by sam wybiegł mi na spotkanie?
Może relacja z Nim to coś więcej niż pokuta i zadośćuczynienie za grzechy, może więcej niż grożenie piekłem i chęć samobiczowania?

Gdy miałam 13 lat, wojowniczo walczyłam na katechezie o to, by moje zdanie było najważniejsze. Znałam dość dobrze Pismo święte - w końcu już od podstawówki jeździłam na wszystkie konkursy biblijne. W październiku modliłam się z wszystkimi na różańcu, w maju pod krzyżem na majówkach, a w czerwcu odmawiałam litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa.
A w tym wszystkim nie widziałam człowieka. Boga w sumie też nie. Bardziej bożka, który skrzywdziłby mnie, gdybym do tego kościoła nie poszła.

Zaczęłam tę notkę od słowa DAWAĆ i na tym słowie skończę.

Gdyby Panu Bogu zależało, byśmy dawali, dawali, bez przerwy dawali, stworzyłby nas jako kogoś równemu Sobie. Jestem jednak człowiekiem.

Nie dam nikomu nic, czego bym najpierw nie dostała.

Zanim dam, muszę mieć - logiczne, pewnie nawet banalne.

Nie neguję wartości różańca czy koronki. Mszy świętej również nie, oczywiście.

Chciałabym jednak, by moja wiara była relacją. Nie tylko moim uporczywym dawaniem z siebie, przekraczaniem siebie, życiem tak, by 'Panu Bogu było dobrze'.

Chciałabym mieć zaufanie syna marnotrawnego. Iść w ciemno, pozwalając Ojcu na wszystko. Nawet na to, by założył mi pierścień i sandały na nogi - jeśli zechce.
Chciałabym być odważna jak kobieta zgarbiona w synagodze. Wyjść na środek pomimo swojej niemocy. Pozwolić Mu, by On działał. Pozwolić sobie wziąć wszystko, co potrzebne, co chce mi dać.
Chciałabym wreszcie być jak Zacheusz. Zaprosić Go do domu, by uczynił moje życie szczęśliwym. Pozwolić sobie doświadczyć dobroci.

Najpierw doświadczenie, potem moje dawanie.

Bez Chrystusa dawanie jest tylko charytatywnością, a nie chrześcijaństwem.

Chciałabym wreszcie pozwolić Bogu, by uczynił mnie wolnym człowiekiem. Abym przeszła z poziomu 'muszę to zrobić, bo jestem chrześcijanką' do poziomu 'daję to, bo w zasadzie nic nie tracę'.

I może ta notka jest kompletnie nielogiczna. Nie wiem.
Ale to moja dzisiejsza modlitwa, którą już - dopiero - kończę.

Gdybyś mi powiedział, 
że mam być logiczna (przecież każdy powinien być),
byłbyś moim bogiem.

Gdybyś mi powiedział,
że powinnam przekraczać siebie (bo inaczej będziesz mnie mniej kochał),
byłbyś tylko bogiem.

A gdybyś zamilknął,
gdybyś przyszedł mnie odwiedzić,
gdyby Słowo było logiczniejsze niż wszystko to, co napisałam (a wiesz, że się staram...),
byłbyś dalej bogiem,
ale przez nieco większe 'b'.

Gdybyś pozwolił mi Sobie zaufać,
gdybyś pozwolił przytulić się do Siebie,
gdybyś zabrał mój lęk,
gdybyś...

A gdybym wzięła Ciebie jako Ciebie,
cichego Baranka, Przyjaciela,
Ojca, Mistrza,
Adonai,
gdybym, słuchając Ewangelii, wierzyła Ci na Słowo...

i gdybym...

Jeśli Jesteś Bogiem,
skoro Jesteś,
skoro wierzę, że Jesteś Bogiem...
czy Jesteś moim Bogiem...
czy w ogóle Jesteś...
a może... 

Gdybym przestała pytać, czy byłabym sobą?

Gdybyś przestał pytać się mnie jak Adama: gdzie jesteś Agatko,
czy byłbyś Sobą?

Gdybyś nie wybiegł do mnie jak do syna, 
czy byłbyś Sobą?

Gdybyś nie dotknął mnie jak trędowatego, 
nie obronił jak jawnogrzesznicy,
nie usprawiedliwił niczym Zacheusza,
czy byłbyś Sobą?

A gdybym tak stworzyła relację...
z Tobą? 

I gdybym zaczęła być...
sobą?

sobota, 1 listopada 2014

święci

Dzisiaj uroczystość Wszystkich Świętych. W Kościele świętuje się wszystkich - i tych, którzy zostali wyniesieni na ołtarze, i tych, o których wiemy - wierzymy - tylko my sami... Ufam, że jest to też i moje święto - w końcu staram się iść za Chrystusem, w drodze upadam i powstaję, idę dalej... i tak ciągle. 

Wiemy, słyszymy, znamy, nic nowego...

Dzisiaj chciałabym pochylić się nad sylwetkami świętych z mojego podwórka. Z niektórymi spotkałam się tylko raz w życiu, innych widywałam na co dzień. Dlaczego wybrałam właśnie ich? Nie do końca to rozumiem... Mieli jakiś wpływ na moje życie, to pewne. Ich obecność stała się - w jakimś stopniu - dla mnie ważna, też pewne... Może po prostu - byli sobą, kimś cudownym sobą. Choć może nie do końca zdawali sobie sprawę z tego, że mieli na mnie i moje życie taki wpływ.

Siostra Elżbieta chorowała na raka przez kilka lat. Przez ostatnie miesiące rzadko wychodziła z pokoju. Rak kości, który zżerał Ją od środka, bardzo mocno wyniszczał Jej organizm. Mimo tego codziennie zjawiała się w kaplicy, by od 12:00 mówić o wszystkim Jezusowi. 
- Siostra zawsze jest taka radosna - powiedziałam na początku naszej znajomości, gdy jeszcze nie wiedziałam, że choruje.
- Bo cierpię.
Kilka dni później opowiadała mi o swoich samotnych podróżach autostopowych. Kiedyś zresztą, czekając na autobus do centrum Poznania, gdy jechałam do dentysty, spotkałam Ją na przystanku... Czarny habit, jak zwykle, bardzo mocno odznaczał się wśród szarości. 
- Agatka, gdzie ty jedziesz? - spojrzała na mnie ze znamienną dla Siebie czułością w oczach.
- Do dentysty.
- Aaaa... pewnie będzie ciebie boleć. Ale nie martw się.
- Dam radę, Siostro, dam radę.
Zdążyła mi jeszcze wówczas powiedzieć, że wraca od brata, który mieszkał kilkadziesiąt kilometrów od Poznania. Znowu autostopem...
- Agatka, ty się nie martw tak, Bóg naprawdę cię kocha. - powiedziała mi kiedyś, ni stąd ni zowąd, widząc mnie na korytarzu domu zakonnego. 
Miała rację. Kolejny raz miała wtedy rację.
Widziałam Jej walkę. Mimo że odeszła do Pana 27. sierpnia, wiem, że tę walkę wygrała. Do końca życia była wierna. 
A ja pewnie do końca życia nie zapomnę Jej spojrzenia. I słów: Bóg cię kocha, Bóg cię potrzebuje, gdy w dniu przyjęcia do postulatu przyszła do nas z chlebem. 
Obiecałam Jej wtedy, że postaram się być dobra jak ten chleb. W końcu moje imię oznacza dobra. 
Brakuje mi Jej, tak po ludzku. Choć jestem spokojna, wiedząc, że Ona już TAM jest. 

       Zdjęcie wzięte ze strony sióstr: www.mchr.pl 


Spotkałam ich na polu Woodstockowym. Stali z boku, jak gdyby przyglądając się temu, co się wokół nich dzieje. - Paweł, podejdziemy do nich? - zapytałam stojącego obok mnie jezuitę.
Para typowych punków.
W sumie, wśród tych ludzi, nie wyróżniali się niczym szczególnym. Niewiele też o sobie mówili. Według mnie mieli jednak to coś, co wyróżniało ich od innych. Byli w sobie zakochani - to pewne, poznałam po oczach. Ale tkwiło w nich jeszcze widoczne pragnienie... Pragnienie, by słuchać i przyjmować Boga. 
Nie umiem nawet tego opisać.
- Czy nikt was nigdy nie wytykał palcami dlatego, że jesteście inni? - chciał zagadać Paweł - To odważne w tym świecie tak się ubrać.
- Tylko babcia...
Przeczytałam im wtedy ósmy rozdział Listu do Rzymian. Któż może odłączyć od miłości Chrystusowej? Ani nawet wkurzona babcia... NIKT! Spojrzałam w oczy dziewczynie, zauważyłam łzę. 
Może nawet nie chodzili do kościoła. Może byli wytatuowani. Może używali wulgaryzmów co drugie słowo (a w naszej obecności się hamowali). 
Ale widziałam to pragnienie. 
Nauczyli mnie, by nie oceniać ludzi po wyglądzie. W sumie zawsze starałam się tego nie robić, ale wówczas jeszcze mocniej mnie to... zabolało? Nauczyli mnie też, jak można być normalnym... Serio. Jak można być normalnym, jak można nie udawać kogoś, kim się nie jest. Jak być sobą i mieć pasję życia. Niekoniecznie szewską.

Dziadek Zygmunt ma 87 lat. Właściwie nie jest moim dziadkiem. Moja siostra wynajmowała od Niego kiedyś mieszkanie. A potem jakoś wyszło, że Dziadek stał się częścią mojej rodziny.
- Agatka, kiedy przyjedziesz na to piwo? - usłyszałam tydzień temu głos Dziadka w swoim telefonie komórkowym.
Ostatnio miałam mniej czasu, by móc Go odwiedzić. 
Pojechałam w czwartek.
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że przyjechałaś.
Widziałam. Od razu odgrzewał w mikrofalówce obiad. Postawił na stole piwo. Włączył telewizję, by obejrzeć ze mną 1z10 - 'jak za starych dobrych czasów' (czyli wtedy, gdy wracałam podczas studiów z Krakowa do domu). Opowiadał, co się działo. I mimo że opowiadał mi to już enty raz, widziałam Jego radość, że może ze mną porozmawiać. 
Wystarczy, że byłam. Nieważne, że zasypiałam zmęczona na fotelu, a piwo dodatkowo wzmagało moje poczucie snu. To nieistotne. Byłam, po prostu. 

I mogłabym tak wymieniać, i wymieniać... Notka mogłaby się nie skończyć. 

Popatrzcie, jaką miłością obdarzył nas Ojciec: zostaliśmy nazwani DZIEĆMI Bożymi. I rzeczywiście nimi jesteśmy! (1 J 3, 1)

Powiem wam więc jeszcze o jednej świętej... nieidealnej świętej... dążącej do świętości...

Widzę ją codziennie kilka razy, gdy spoglądam w lustro. W wyglądzie nie ma chyba cech szczególnych - może oprócz tego, że często mruży oczy, widząc gorzej na jedno oko. Ma również skoliozę i kifozę, co przez lata stanowiło element wyzwisk innych dzieci, ale dziś nie stanowi to już raczej dla niej większego problemu. 
Wiele razy uciekała, choć - z zewnątrz - wyglądała na bardzo porządną i poukładaną dziewczynę. Nauczyciele tak mówili....
Uciekała przed miłością, choć chciała kochać. Uciekała przed strachem... i żyła w lęku. 
Ma chore na miłość serce. Kocha, choć ludzie niejednokrotnie ją zawiedli. Chce kochać. A to pragnienie wzrasta. Cholernie mocno wierzy, że może kochać innych miłością (nie)doskonałą. 
Pięć lat temu, w dniu ojca, ktoś powiedział jej, że Bóg się o nią stara, że kocha, że chce dla niej dobrze. Życie religijne zmieniło się o 180 stopni. 
Dziś to nie religia i sztywne schematy, nie modlitwa na klęczkach i strach przed Bogiem, nie ucieczka przed złem, ale... relacja. 
Stara się ją utrzymywać, choć czasem wkrada się w jej serce pokusa, by odejść. Nie umie jednak, gdyż pragnienie Nieśmiertelności jest od tej pokusy silniejsze. 
Nie wiem, kim ona jest. Dopiero ją poznaję. 
Ale wiem, że może być święta, gdyż każdy, kto pokłada w Nim - w Bogu - nadzieję, staje się święty, bo On jest święty! (zob. 1 J 3, 3).
Ma 21 lat, obecnie mieszka w Gdańsku. Teraz pisze tę notkę. 
Co będzie jutro? Nie wie. 
Ale wie, że ciężko pisze się o sobie w III osobie liczy pojedynczej :) Prawie jak do protokołu.


Ach, szkoda, że nie chciało mu się żyć. Mówił, że to już nie jego świat. Ale chyba na każdym świecie da się jakoś żyć, prawda, proszę pani? Wiesław Myśliwski "Widnokrąg"

Oby nie było to tylko 'jakoś'...
Oby...




wtorek, 28 października 2014

czy tak naprawdę jest?

Kiedy myślałam o chrześcijaństwie, zastanawiałam się długo, dlaczego i po co właściwie Chrystus wybrał Swoich uczniów? Przecież był i jest Bogiem, mógł i może zrobić wszystko, co zechce... Ewangelista Marek podaje, że wybrał tych, których sam chciał, aby Mu towarzyszyli. Być towarzyszem Chrystusa? Co to właściwie oznacza?

I kiedy patrzę na swoje życie w tej perspektywie, zastanawiam się, czy aby nie za często wiążę moje chrześcijaństwo ze wzlotami duchowymi. Dobrze jest mówić o Bogu - Miłości, gdy wszystko układa się dobrze, gdy wiara w Niego rośnie, a moje plany i nadzieje są realizowane. Gorzej, gdy przyjaciele odejdą, rodzice denerwują, mieszkanie jest nieopłacone, a właściciel grozi eksmisją... Wtedy nic, tylko płakać?

Uśmiechnij się, Bóg cię kocha - słyszałam niejednokrotnie z ust moich znajomych osób, blisko związanych z Kościołem. A może nie chodzi wcale o ten uśmiech? Może Bóg chce i potrzebuje mojego smutku...? Może pragnie mnie całej - autentycznej, nieogarniętej dziewczyny, która czasami sama nie rozumie, o co jej chodzi? Może chrześcijaństwo, może chodzenie z Jezusem wcale nie jest oczekiwaniem na duchowe orgazmy, ale przede wszystkim codzienne bycie przy Nim - szczególnie w drugim człowieku?

Przez lata mocno utożsamiałam się z Odnową w Duchu Świętym i ruchem ekumenicznym w Kościele. Czekałam na duchowe wzloty, emocjonalnie podchodząc do mojej wiary. Wątpiłam, kiedy przyszedł ciężki moment - choć Bóg już wcześniej niejednokrotnie dał mi do zrozumienia, że się o mnie troszczy.

Ostatnio mam ciężki okres, choć - przyznam - teraz widzę Jego działanie najmocniej. Szczególnie w drugim człowieku (choć nie są to nawet ludzie związani z katolicyzmem).

Gdy wchodzę na facebooka i dostaję zaproszenia od wszystkich grup anty-halloweenowych, włącza mi się zielona lampka. Czy po to jestem chrześcijanką, by bać się wszystkiego, co 'nieświęte', czy po to, by towarzyszyć Chrystusowi? Czy mam negować wszystko, co niekatolickie, czy głosić Chrystusa, który już raz zwyciężył?

I tu nie chodzi mi wcale o to, by nie widzieć zła. Tylko - zgodnie ze słowami Pawła w Liście do Rzymian - tylko dobrem można to zło zwyciężyć.

Jeden z księży podczas kazań powiedział, by nie rozmawiać ze Świadkami Jehowy, bo... Wymienił szereg argumentów: sekciarze, naciągacze, nie znają Pisma świętego... Nie utożsamiam się z tym poglądem. Dyskutuję mimo tego, że mi 'zabroniono'. I uwielbiam patrzeć w oczy ludzi, oczy, które zmieniają się, gdy usłyszą o zbawczej, miłującej dobroci Jezusa Chrystusa.

I większą radość sprawia mi zrobienie obiadu z osobą prawosławną (z którą obecnie mieszkam) niż sięganie i wyciąganie bolesnych faktów z historii. Rozmawiam z ateistą, śmieję się, dyskutuję na różne tematy, a nie 'nawracam' - choć moi znajomi wiedzą, że jestem osobą wierzącą.

Staram się nie nakładać na ludzi ciężarów, których ja sama często nie jestem w stanie unieść.

Czasem myślę również, czy jako chrześcijanie nie powinniśmy dążyć do uzdrowienia, do POMOCY drugiemu człowiekowi, a nie negacji tego, co robi. Nie poznałam jeszcze osoby, która nawróciłaby się, słysząc, że jest bezbożnikiem czy idiotą, a może Bóg cię skaże, za zło, które popełniłeś. Tylko poczucie bycia kochanym, jedynie wolność i radość ze spotkania z Chrystusem, tylko utożsamienie swojego życia z Jego życiem, potrafi sprawić, że człowiek zapragnie się z Bogiem spotykać. Nigdy tani i łatwy osąd, krzyk i nakładanie ciężarów nie do uniesienia przez zwykłego śmiertelnika.

Moc Chrystusa - jak pisze św. Łukasz w 6 rozdziale - wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich. Wszystkich! Niezależnie od denominacji i ludzkich podziałów. Faryzeuszów i saduceuszów, biednych i bogatych, chorych na duszy i na ciele... Bez podziałów.

Tylko człowiek jest w stanie wywołać wojnę na tle ideologicznym. Tylko człowiek potrafi zniszczyć drugiego człowieka z powodu koloru skóry, poglądów czy własnych, przeniesionych na drugiego, mechanizmów (czyli co - według mnie - drugi powinien, a czego nie robi). Tylko człowiek umyślnie rani, aby uzyskać z tego korzyści - czy to mentalne, czy fizyczne. Często nawet zwierzę tego nie robi (a jeśli tak, jedynie dla instynktu przetrwania, a nie z innych powodów).

Może zamiast hejtować Halloween i robić wszystko, by wykazać 'przeciwnikom' chrześcijaństwa ich 'głupotę', powiedzieć dzieciom o tym, że Bóg jest dobry, dać im cukierki i poprosić o wspólną modlitwę? Może zapytać ich o imiona i powiedzieć kilka słów o ich świętych patronach? Może zamiast 'nawracać' Świadków Jehowy, uśmiechnąć się i powiedzieć, co Jezus Chrystus zmienił w moim życiu?

Powiem, że mam niesamowite szczęście, gdyż w domu rodzinnym Świadkowie Jehowy pojawiali się mniej więcej raz na dwa tygodnie. Za każdym razem ktoś inny. Niegdyś toczyłam z nimi zażarty bój. Potem wychodziłam z różańcem, wiedząc, że w ten sposób nie będą chcieli się modlić i zaraz pójdą... A potem doszłam do wniosku, że jest to dla mnie wielka okazja, by podzielić się moją osobistą relacją z Chrystusem, którego spotkałam w swoim życiu. By powiedzieć o moim własnym nawróceniu, które zapoczątkowało się ponad pięć lat temu.
Kiedy to zrozumiałam, zauważyłam, że każde następne spotkanie było dla mnie czasem łaski. Nierzadko nie dokończyliśmy rozmowy. Niekiedy poszli bez słowa, innym razem - mówiąc potocznie - nawrzucali mi, będąc przekonani o słuszności swoich poglądów. Jeszcze innym stali się agresywni.
Były jednak i takie sytuacje, że patrząc im w oczy, widziałam to samo pragnienie, które pewien jezuita wyczytał niegdyś z moich oczu... Ci ludzie, jak i ja sama, również chcą być kochani, szanowani i niedyskryminowani z powodu swojej przynależności, również - może po swojemu - dążą do świętości... Czy mogę ich oceniać tylko dlatego, że wierzą inaczej ode mnie? Że nie mieli takiego szczęścia jak ja (albo widzą to szczęście w innym miejscu)?

Kto wie, może kiedyś to ja stanę się dla nich... apostołem? O ile nie stracę tej okazji...

Pamiętam, jak powiedziałam znajomym, że jadę do sióstr Matki Teresy, że nie będzie mnie przez kolejne dwa tygodnie.
Po co? Z tymi bezdomnymi brudasami? No weź, po co?
Przez myśl nie raz przeszło mi wtedy: to bez sensu. Choć dziś, wspominając te dwa tygodnie w Katowicach, wiem, że były to jedne z piękniejszych, choć trudniejszych, dni w moim życiu!

Drodzy młodzi! - powiedział papież Franciszek. Chrystus na was liczy - liczy, że będziecie Jego przyjaciółmi i świadkami Jego nieskończonej miłości!

Podejmę wyzwanie?

czwartek, 23 października 2014

tak jakoś, tak po prostu

"Bo widzi się to, co się czuje. Nie samymi oczami się tylko widzi. Taki ślepy nie widzi, a ile widzi?" Wiesław Myśliwski Widnokrąg

Wczoraj po skończonej modlitwie we wspólnocie "Uwielbienie", w której ostatnio częściej się pojawiam, poszłam - jak zwykle - na stację SKM'ki, aby w ten sposób przedostać się do Gdańska. Moja siostra przed spotkaniem obiecała podwieźć mnie samochodem na kolejkę, jednak względy organizacyjne kazały mi trochę poczekać. Zdecydowałam więc, że przespaceruję się na dworzec - w końcu to tylko dziesięć minut marszu. 
- Czy mogłaby pani mi pomóc? - powiedział do mnie ok. sześćdziesięcioletni staruszek.
- Yyyy... ale jak? - powiedziałam zmieszana.
- Niech mnie pani, proszę, podwiezie pod ten kiosk. 
Dopiero wtedy się zorientowałam. Nie siedział na ławce jak inni oczekujący na przyjazd pociągu, ale na wózku inwalidzkim. Nie miał nogi, spod spodni wydostawał się kikut. Zapewne 'zjadła' ją miażdżyca bądź inne cholerstwo.
- Aaa... Przepraszam, zamyśliłam się. - powiedziałam nieśmiało. - Pewnie, że pana podwiozę.
Idąc zaledwie kilka kroków, usłyszałam: 
- Już, wystarczy. Dziękuję! Niech panią Bóg błogosławi!

Nie spotkałabym tego człowieka, gdybym poczekała na Madzię. Przypadkowe spotkanie? Nie wiem, coraz mniej - może nawet w ogóle - nie wierzę w przypadki.

Przypomniało mi się, jak półtora roku temu, razem z siostrami misjonarkami miłości opatrywałam nogi schorowanym mężczyznom, jak brałam w ramiona bezdomne panie, jak mówiłam o Bogu małym dzieciom, przychodzącym do sióstr z rodzicami w każdą sobotę... Powróciły wspomnienia i wiara, że jednak umiem być wrażliwa... mimo wszystko.

"Bo widzi się to, co się czuje" - powiedział Wiesław Myśliwski. 

W moim sercu ostatnio ogromna walka. Trudne wspomnienia łączą się z tym, co piękne. Jedno przenika drugie. A w tym wszystkim Pan Bóg, który często zdaje się milczeć... Który nie zawsze odpowiada w sposób, który byłby przeze mnie pożądany.

Co myślę o sobie JA? Co myśli o mnie drugi człowiek? Wreszcie, co myśli o mnie Pan Bóg...?

Coraz częściej zadaję sobie te pytania, będąc z natury osobą lubiącą pytać... Filozof od siedmiu boleści :) 

Dostaję odpowiedzi. Częściowe. 

Nieprzypadkowo zaczęłam tę notkę od tego cytatu. BO JA NIE WIEM, CO CZUJĘ. Ale widzę, że nie wiem... i wiem - wierzę - że Pan Bóg działa nawet wówczas wtedy, gdy zwyczajnie nie ogarniam. 

Nie lubię katolicyzmu, który jest przepełniony teoriami i dogmatami. Wolę katolicyzm żywy, ten, który umie przyznać się do tego, że nie rozumie... Cenię sobie wiernych z pasją. Chrystus powołał przecież nie teoretyków, a ludzi działających, nie ambitnych świętoszków, ale walczących ze słabościami Apostołów. 

Mam wrażenie, że ta notka nie ma ładu i składu... Nawet nie chce mi się jej czytać. :) Ale co powiem, to powiem...

Nie rozumiem działania Boga. Nie rozumiem, dlaczego w moim życiu dzieje się tak, a nie inaczej. Nie rozumiem, w sumie prawie nic nie rozumiem. :) 

Ale wierzę. I kocham. 

Mam (też) nadzieję (że tak jest). :)

Dziś mocno uderzyły mnie słowa z dzisiejszej Liturgii Słowa podczas Mszy.
"Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach; abyście w miłości wkorzenieni i ugruntowani, wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość, i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą Pełnią Bożą. Temu zaś, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków! Amen"

Czym jest ten 'duch', jeśli nie również naszymi uczuciami i 'nic-nierozumieniem'? 
Czy wierzę, że moc Boża NAPRAWDĘ działa we mnie?
I czy pozwalam sobie na nic-nierozumienie - również w kwestiach wiary?

----------------------------------------------------------------------------------------
Panie Boże, który przyszedłeś do mnie w sposób szczególny ponad pięć lat temu, w dniu ojca. Który zmieniłeś moje życie do tego stopnia, że nie ma dnia, bym o Tobie nie myślała - choć może nie zawsze jest to myślenie 'poprawne' ideologicznie - jak nakazuje dogmatyka Kościoła (którą dopiero właściwie poznaję). Ty, który jesteś Życiem - naucz mnie życia. Niech więcej nie uciekam przed tym, co trudne. Ty, który jesteś Prawdą - nie pozwól, by czyjaś opinia o mnie (a może nawet moja o mnie samej) zniszczyła to, co Ty mi o mnie mówisz. Ty, który jesteś Miłością, naucz mnie kochać miłością czystą. Miłością, która nie wykorzystuje, nie odbiera godności, jest zdolna do poświęceń, ale zna również swoje granice. 

Ty, który JESTEŚ... 

niech nie tracę Cię z oczu. 
niech nie umiera we mnie tęsknota i pragnienie, by być bliżej Ciebie i drugiego człowieka

Pozwól mi być sobą.
Z Tobą.

Amen. 

poniedziałek, 20 października 2014

czy jesteś szczęśliwy?

O Panie, nie nazwałeś nas sługami, lecz przyjaciółmi, spraw, abym wytrwał w Twojej miłości (J 15, 15. 9)

Niejednokrotnie doświadczyłam różnego rodzaju zranień ze strony tych, których nazywałam 'przyjaciółmi'. Sama zresztą również raniłam - czy to słowem, czy tym, co zrobiłam, a może nawet zwykłą obecnością i krzywym spojrzeniem. Odchodziłam, zrywałam kontakt, uciekałam... powracałam, przepraszałam, wybaczałam... I w kółko, i ciągle na nowo... 

Nie rozumiem, jak to jest, że człowiek kocha. Dlaczego tę osobę lubię, a tę staram się omijać. Dlaczego przy tej czuję się dobrze, a na inną ciężko mi nawet spojrzeć. 

Nie rozumiem też, dlaczego Bóg miałby kochać mnie taką, jaką jestem. Mimo że niejednokrotnie zachowuję się - z całym szacunkiem do tych zwierząt - jak ostatnia świnia. 

------------------------------------------------------------------
- Czy jest pani szczęśliwa? - zapytali mnie kilka lat temu, na ulicy, świadkowie Jehowy. 
- Yyyy... nie wiem... - odpowiedziałam, dziwiąc się zadanemu wówczas pytaniu.
- A myśli pani, że może pani być? 
- Yyyy... 

-------------------------------------------------------------------
Minęło zapewne kilka lat. W sercu ciągle wybrzmiewa to pytanie: Agata, czy ty jesteś szczęśliwa? Czy ty chcesz być szczęśliwa?

Nie wiem? Już dzisiaj wiem, że nie mogę tak odpowiedzieć. W końcu całe życie szukam szczęścia we mnie i wokół mnie. Poszukuję odpowiedzi w książkach i oczach drugiego człowieka. Szukam radości w tym, co przynosi mi dzień. Czasem ciężko mi odnaleźć, wściekam się, denerwuję, chodzę smutna... Innym razem mogę śpiewać radosne piosenki - i nawet nie przeszkadza mi, że nie umiem, a ktoś musi tego słuchać...

-------------------------------------------------------------------
- Czy dzisiaj jest środa? - zapytał mnie niegdyś, w niedzielę!, około pięćdziesięcioletni mężczyzna.
- Nie, dziś jest niedziela...
- Serio? Przegapiłem...

Nie wyglądał na zbyt trzeźwego. Śmierdział gorzałką i potem - co najmniej kilkudniowym. 

Pomyślałam, że dobrze zapytał. Zdał sobie sprawę, że 'coś' mógł przegapić? Nie wiem. Nie wiem, co dzieje się z nim teraz...

A ze mną? 

-------------------------------------------------------------------
- Agatka, ty zawsze byłaś inna. - powiedziała mi w gimnazjum moja polonistka, gdy ekscentrycznie recytowałam Inwokację 'Pana Tadeusza'. - Ty nigdy nie przejmowałaś się ludzką opinią, zawsze umiesz robić coś po swojemu.

Szara jesień, szara zima, szara wiosna, lato szare... Szara codzienność... A w tym wszystkim miejsce na zieleń i czerwień - moje ulubione kolory. Życie, życie, życie.

Agatka, czy jesteś szczęśliwa?

A może w tym wszystkim, w tym całym DZIWNYM życiu chodzi jedynie o to, by pozwolić żyć sobie i innym?

--------------------------------------------------------------------
Jeśli JESTEŚ Boże - jak powiedziałeś, że jesteś. Jeśli jesteś Ty, którego nie dostrzegam. Kiedy wskazujesz na miłość, którą przykryłam nienawiścią i złością, (nie)świętym oburzeniem, którego nie rozumiem. Skoro JESTEŚ Miłością, a ja kochać nie umiem... to co zrobić, by umieć Tobie zaufać? Skoro tęsknię, z tęsknoty umieram, a nie mam sił, by wznieść oczy do góry. Kiedy ręce drżą, bo choć tak mocno chciałyby być dobre, robią to, co zwyczajnie przykre. 

Skoro jesteś Niewidzialny, Niezgłębiony, Wszechmogący... Skoro nazywają Cię Ojcem, Mistrzem, Adonai, Panem... Gdy filozof nazwie Cię Absolutem, Transcendentalnym Immanentnym Absolutem, inni Sprawiedliwym Sędzią, a inny Miłością... 

Gdy JESTEŚ, choć Cię nie widzę. 
Gdy dotykasz, choć Cię nie czuję.
Gdy kochasz, choć nienawidzę.

Gdy żyjesz, chociaż umieram...

Jeśli JESTEŚ, Boże - bo powiedziałeś, że JESTEŚ.

Niech będę ja także. 

Czy jesteś szczęśliwy, że jestem?
Czy JESTEŚ?

wtorek, 7 października 2014

stęskniłem się za tobą!

Panie, czy Ci to obojętne...? - zapytała z wyrzutem Marta. Wydawałoby się, że została sama. Tylko ona i i jej praca. Dla siostry nic się nie liczyło. Samotność? A może... może to pracoholizm i perfekcjonizm kobiety sprawiły, że - po ludzku - wydaje się na straconej pozycji? Przecież to Maria wybrała lepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona, a nie ona.

"Po co ty idziesz na tę pielgrzymkę?", "weź, ty odmawiasz różaniec, po co?", "ja to bym zasnęła na tej Adoracji, więc nie idę...".

Skłamię, mówiąc, że modlitwa to dla mnie wieczna radość. Nie jest tak - niekiedy muszę mocno przymusić się, by wstąpić do kościoła. Czasami, szczególnie w mojej parafii, spinam pośladki, aby wstać na Mszę niedzielną o 9:15 (szczególnie wtedy, kiedy zarwałam noc przez moje nałogowe czytanie książek). Innym razem różaniec kompletnie mi nie idzie, a wypowiadane "zdrowaśki" zupełnie się nie lepią (Zdrowaś Maryjo, Matko Boża... yyyy... łaski pełna...). Nie umiem się skupić.

A Pan Bóg zdaje się w tym wszystkim dzisiaj mówić: to nie jest istotne. To Ja mam działać, a nie ty. To ja chcę, byś do Mnie przyszła, ty nie masz się nawracać. Ja, Ja, Ja.

Niezależnie od tego częstego trudu modlitewnego jestem pewna, że Pan Bóg JEST (choć czasem lubię się przekomarzać i udawać, że Go nie potrzebuję).

Ostatnio miałam ciężki czas. Nie dostałam miejsca w akademiku. W ciągu niespełna tygodnia musiałam znaleźć sobie mieszkanie. Nie miałam żadnych pieniędzy, a jedyne, co trzymało mnie przy tym, by jednak studiować, to świadomość, że mam 21 lat, zdaną jedynie maturę i zero perspektyw na dobrze płatną i satysfakcjonującą pracę w okolicy. A poza tym wstyd - w końcu dostałam się na tę uczelnię, powiedziałam znajomym, a teraz...? Zakończyć jeszcze przed rozpoczęciem...? WSZYSTKO TO MNIE BARDZO MOCNO PRZERAŻAŁO...

a jednocześnie byłam pewna, że nie zostałam z tym wszystkim sama! Ciągle coraz to nowe osoby - często zupełnie nieznane jak pewna siostra zakonna - starały się mi pomóc.

W ciągu ostatnich dwóch tygodni doświadczyłam ogromnej miłości - nie tylko Pana Boga, ale również drugiego człowieka. Znalazły się osoby, które pożyczyły mi pieniądze (niektóre wręcz nakazały, bym wzięła! :)). "Przypadkowo" znalazłam ogłoszenie w internecie (jednak Facebook się na coś przydaje), gdzie pewna - jak się okazuje wspaniała! - osoba oferowała miejsce w pokoju po bardzo korzystnej dla mnie cenie [czyli mam cenę nieznacznie różniącą się od oferty akademika :)]. Zresztą sam proces poszukiwania był bardzo ciekawy... Znajomi, znajomi znajomych, znajomi znajomych znajomych... Nigdy nie przypuszczałam, że tylu ludzi interesuje mój los!

A Pan Bóg - wierzę - temu wszystkiemu błogosławił.

Ostatnio bardzo starałam się być pełną działania Martą... Chciałam robić wszystko, by przypodobać się ludziom, by z zewnątrz być piękną i cudowną dziewczyną. A reszta? Zaczęła się sypać... Po prostu.

Ludzie mówili mi: zaufaj Bogu, On da radę.

Ciężko było mi w to wszystko nie zwątpić... Dopóki sama nie zobaczyłam, że On działa.

Działał nie tylko w ciągu mojej podróży autostopem, nie tylko podczas wielkich akcji ewangelizacyjnych, ale ciągle się o mnie troszczy (może nawet przede wszystkim wtedy, kiedy ja tego zwyczajnie nie widzę). Jestem o tym wręcz przekonana (jak inaczej wytłumaczyć te wszystkie "przypadki" - wcześniej widoczne w mojej modlitwie, przede wszystkim serca?).

Stęskniłam się za Tobą - napisała mi dziś w wiadomości pewna Osoba...

A gdyby tym Człowiekiem był dzisiaj Chrystus? Czy pozwolę sobie na to, by usiąść u Jego stóp jak Maria, słuchać tego, co ma mi do powiedzenia i...?

Zaufać. Pokochać. Uwierzyć.

BÓG JEST.