wtorek, 20 października 2015

czas pokaże

Czasem mam wrażenie, że żyję w dwóch równoległych światach. Jednym jest świat rzeczywisty (obecnie leżę na moim łóżku z laptopem na kolanach, popijając Pepsi prosto z gwinta i usiłując napisać coś mądrego), a drugim jest moje, chyba dość bogate, życie wewnętrzne. To, co piszę tutaj, to nie tylko odsetek moich 'wypocin', ale również ułamek tego, co dzieje się 'w środku' mnie samej. Rozkminy, rozkminy, rozkminy. Nie wiem, czy każdy tak ma - nie siedzę ani w głowie, ani sercu drugiego człowieka - ale u mnie wygląda to tak, że myślę cały dzień. Chyba także również w nocy - o czym co dzień pokazuje mi moja skopana, potargana, leżąca na podłodze pościel. Marzę, żyję równolegle w świecie fantazji i panoramie jesiennej ulicy, często nie ogarniam, gubię myśl, robię z igły widły (czy jak to się mówi...) i jako - niepoprawna zresztą - romantyczka, ciągle żyję marzeniami, że ludzie chcą i potrzebują się kochać. I że całe nasze życie to taka gonitwa - by być akceptowanym, przyjętym, by nie czuć się samotnym czy zlekceważonym. Może nie jest to jakaś odkrywcza myśl, a użyte tutaj porównanie świadczy o moim prostym języku bardziej niż te wszystkie długie wpisy, ale cóż... w końcu nikt nie jest i nie musi być idealny. Mam nadzieję.

Mam problem. Za każdym razem, kiedy zabieram się za ten wpis (a to już ładnych kilka tygodni...), ogarnia mnie poczucie, że nie dam rady, że to bez sensu, że nie powinnam, że... Ale dziś doszło do mnie coś, o czym nie zdawałam chyba sobie do końca sprawy: przecież w jakiś sposób już taka jestem...

Problem nie minął. Ale już chociaż potrafię o tym napisać. A to już dużo. 

Rzecz w tym, że szukam prawdy. Gdziekolwiek i jakakolwiek by ona nie była. Krzyczę, wołam, czasem aż wrzeszczę... i nie znajduję, gubię się, błąkam... i idę dalej, i dalej, i dalej... Być może brzmi to bardzo poetycznie, literacko albo banalnie - zwał jak zwał. Jednak ostatnio pewne wydarzenia bardzo mocno obróciły moje postrzeganie świata. I w jakiś sposób pokazały dość ważny kierunek - nie chodzi o moje życie w ogóle (dalej jestem i chcę być studentką, dobijam do 22 roku życia, mam pewne marzenia etc.), ale chodzi o tę dość ważną część mojego życia, mianowicie relacje. Celowo podkreśliłam wyraz kursywą. R E L A C J E. 

Nie będę pisać akademicko, czym są relacje według filozofów, psychologów, psychiatrów, księży, doradców zawodowych czy innych specjalistów. Nie chcę też mówić o wyznacznikach 'dobrego' czy 'złego' związku między ludźmi - bo się na tym zwyczajnie nie znam. 

Słownik synonimów, według mnie, świetnie wytłumaczył, czym są relacje. Zestawienia, których użyto, pięknie mi o tym pokazują. 

relacja: « np. między ludźmi »
bliskość, jednia, komitywa, koneksja, kontakt, łączność, ogniwo, parantela, pobratymstwo, połączenie,pomost, powiązanie, spójnia, sprzężenie, styczność, węzeł, więzy, więź, wspólnota, zażyłość, znajomość,związek

Bliskość, jednia, ogniwo, więzy, wspólnota... 

Piękne - chciałabym powiedzieć. Gdyby nie fakt, że wielka bliskość może prowadzić do uduszenia, ogniwo do wypalenia, więzy mogą zniewalać, a wspólnota okradać... 
Tak powie pesymista - i zapewne ma rację. Ale, na szczęście, jest też druga strona. I to nią - jako (nie)poprawny optymista - ignorant - chciałabym się dzisiaj przede wszystkim zająć.

Nie raz na tym blogu pisałam, że nie wiem, nie rozumiem, że nie daję rady. Ktoś niedawno powiedział mi, że słowo nie wiem pojawia się na moich ustach częściej niż słowo ojciec czy studia. Więcej, im dłużej żyję, tym mam poczucie, że mniej wiem niż wiedzieć 'powinnam' (albo zwyczajnie chciałabym pojąć). Może tak już jest, że z wiekiem przychodzi chęć posiadania gruntu pod nogami, taniej racjonalizacji i myślenia w kierunku opłacalności (tak obcej małym dzieciom, które najczęściej bez zastanowienia robią to, czego pragną)? A może jest inaczej: to nie chęć stabilności, ale właśnie szaleństwa sprawia, że czujemy się niepełni? Że nie wiemy, co z sobą zrobić, bo weszliśmy w rolę matki, ojca, studentki, księdza, zakochanego, nauczyciela (kucharza, garncarza, piekarza i innych zawodów...), w te wszystkie schematy myślenia, które niemal zakazują mówienia: nie potrafię, nie daję rady, 'bo co pomyślą/powiedzą inni'?

Cenię sobie ludzi, którzy otwarcie pokazują mi swoje słabości. Nie mam na myśli negliżu czy masochistycznych osób, ciągle narzekających na świat, na ludzi, na politykę, religię, na wszystko, co wokół nich (a znam takich...). Uwielbiam przebywać z tymi, którzy nie tylko potrafią przyznać się do błędu i przeprosić, ale również - okazyjnie i bez okazji - podziękować, powiedzieć coś miłego, czy choćby się uśmiechnąć. 

Siedziałam dzisiaj w SKM-ce. Już to mogłabym zaliczyć do cudu. Nade mną kilkanaście głów niecierpliwie czekających na zwolnienie miejsca. Obok mnie około czterdziestoletni pan. Na przeciwko mnie - podobnie. Pod oknem młoda, może dwudziestokilkuletnia dziewczyna. 
Zwróciłam uwagę na nią i siedzącego obok mnie mężczyznę - zapewne jej ojca. Dziewczyna nerwowo zerkała za szybę, potem zamykała oczy, chcąc uciec w objęcia Morfeusza - jednak stukot pordzewiałej kolejki i głośne odgłosy ściskającego się tłumu, skutecznie wybudzały ją ze snu. Było w niej 'coś' dziwnego. Choroba odebrała jej nieskazitelnie gładką twarz, choć pozostawiła coś bardzo pięknego: szczerość i odwagę, której mi często bardzo brakuje. 
Siedzę, patrząc to na nią, to na innych ludzi - i nagle słyszę radosne: wszystkiego najlepszego! Happy birthday, to you... Podsłyszała, jak ktoś mówił o urodzinach. Zaczęła śpiewać piosenkę Happy birthday... Mężczyzna, który był z nią, lekko zażenowany sytuacją, starał się ją uciszyć, a ona jeszcze głośniej: wszystkiego najlepszego! Po czym, mocno zdenerowana, powiedziała mu: "sam jesteś nienormalny, niczego nie rozumiesz".

Spodobało mi się mocno, co powiedziała. Nienormalność? Normalność? Piękno? Cudowność? Pełnosprawność? 

Kiedy poznaję osoby niepełnosprawne, szczególnie może w jakiś sposób ułomne (choć to głupi wyraz!) psychicznie, mam wrażenie, że są one bardziej 'normalne' ode mnie. Posiadają coś, czego mnie samej - choć wydaje mi się, że jestem dość inteligentna i 'ogarnięta' - często brakuje: szczerości i spontanicznej radości.

Gdyby każdy, jak ta dziewczyna, życzył spotkanej osobie wszystkiego, co najlepsze - niezależnie od tego, czy ją zna, czy też widzi ją po raz pierwszy w życiu... Gdyby tylu ludzi - w tym i ja sama - nie zasłaniała się schematami postępowania, robiła zawsze to, na co mam ochotę, a nie bała się tego, 'co powiedzą inni'. Gdyby każdy słuchał pragnień drugiego człowieka.

Osoba, do której te życzenia padły, podziękowała. Żałuję tylko, że siedziała do nas tyłem, że nie mogłam zobaczyć reakcji i usłyszaną przez nią piosenkę.

Pewnie i tutaj znalazłabym kolejne pole do przemyśleń...

Czasem mam wrażenie (tak zaczęłam i tak skończę ten wpis...), że bojąc się prawdziwych relacji, nie robię tego, czego naprawdę pragnę. Nie mówię, kiedy boli mnie jakieś zachowanie, bo boję się, że 'urażę' (mówiąc potocznie: nadepnę na odcisk), boję się, że druga osoba nie przyjmie tego, co do niej powiem, że nie zostanę z tym przyjęta, że Drugi się na mnie obrazi... Egoistyczne.
Nie potrafię odmówić, kiedy ktoś poprosi mnie o pomoc - nie tylko dlatego, że włączają mi się zapędy mesjańskie, ale chyba przede wszystkim dlatego, że myślę, że lepsza jest niewłaściwa i dusząca mnie relacja od jej braku i bycia samą (jakby samotnym było się tylko na pustyni...). Szukam prawdy, ale uciekam przed poznaniem jej. Chodzę po omacku, moje myśli potykają się jedna o drugiej, a ja mam wrażenie, że życie wymyka mi się spod rąk...

I ciągle wydaje mi się, że tylko ja tak mam, że moja samotność jest wyjątkowa, a moje życie to najgorsze życie - tania wegetacja, którą mogę teraz jedynie 'przeżyć' i 'dożyć' (oby tylko nie do wyśpiewanych 100 lat...), a nie się nim cieszyć. 

Innym razem mam jednak wrażenie, że się zwyczajnie nie wyspałam... Że jutro, kiedy obudzę się po raz kolejny, będzie inaczej, lepiej.

Będzie?
Nie wiem.
Czas pokaże.

Czas przestać być 'normalnym'?

sobota, 17 października 2015

tyle o ile

Przyznam, że niedawno chciałam przestać prowadzić tego bloga. Wcale nie dlatego, że odechciało mi się pisać. Ani z powodu braku "lajków" (na tym chyba przestało mi zależeć już jakiś czas temu).  Największym moim 'problemem' stało się to, że mocno zaczął mnie wkurzać... mój własny styl pisania. Bo, pisząc o miłości, często - wręcz na siłę - chciałam (mówiąc po 'kościelnemu': pragnęłam!), aby wpis dotarł do pewnej grupy ludzi. I tu chodzi głównie o tę sporą część moich znajomych z kręgów (około)katolickich - zdaję sobie sprawę, że moje notki czytają głównie takie osoby.Widzę wyraźnie, że wpisy sprzed kilku miesięcy stały się w dużej mierze odrealnione. Niby mówią o moim doświadczeniu, niby podaję przykłady, w których wydaje mi się, że Bóg - mój chrześcijański Bóg, w którego wierzę - realnie działał w moim życiu, ale... 

I doszłam do momentu że o Bogu wolałabym raczej milczeć niż mówić tak, jak dotychczas. Gdy sposób wyrażania moich własnych myśli o miłości, Bogu, poszukiwaniu sensu życia etc,, zaczął denerwować mnie samą. Czytam swoje poprzednie wpisy i czuję się jak na kościelnym kazaniu w wiejskiej parafii - pitu pitu, nic konkretnego. Bóg cię kocha, Bóg jest miłością, a ja 'dotknęłam' Go... W jaki sposób? Dlaczego? Jak? Tego już często nie wyjaśniam. Tanie moralizatorstwo z dużą dawką mojej wizji - której przeciętny katolik nie zrozumie, ateista wyśmieje, a tylko bliskie osoby (niekoniecznie związane z Kościołem) zrozumieją - bo znają mnie również spoza bloga i wiedzą, że raczej nie fruwam w chmurach i - poza jakąś-tam-duchowością, mam też ciało, uczucia, emocje i to wszystko, co się na mnie składa. Wiedzą, że mogą ze mną pogadać, posprzeczać się, może nawet pokłócić, nie zawsze zrozumieć, mogę wyjść przy nich na idiotkę, popłakać, dostać cholery... i iść dalej. 

Jednak po wczorajszej, dość ważnej dla mnie, dyskusji, doszłam do wniosku, że chcę pisać dalej. Choć może postaram się 'coś' w pisaniu zmienić.

Dodam jeszcze tylko, że kompletnie nie neguję tego, co i w jaki sposób napisałam wcześniej. Jednak co jakiś czas następuje w moim życiu jakiś - mniejszy lub większy - przełom. Co jakiś czas zdaję sobie sprawę, że jeszcze nie wszystko robię tak, jak bym chciała - i to dobry moment, aby to coś zmienić. Nie powiem, że życie to zmiana - nie chcę być polskim wydaniem Paulo Coehlo. Ani że Bóg mnie natchnął - przecież najlepsze myśli według moich znajomych pojawiają mi się dopiero po wypiciu dwóch piw... Nie chcę też sądzić, że to moje pragnienia mi tak powiedziały, że to, co czuję w swoim wnętrzu... - to brzmi równie dziwnie i kościółkowato.

To tak mocno tytułem wstępu... 

Uwielbiam poznawać ludzi. W pociągach przyglądam się im, często też podsłuchuję rozmowy. Kiedy z kimś rozmawiam, staram się zwracać uwagę nie tylko na to, co mówi, ale również na tę część, którą psycholodzy nazwą mową niewerbalną, a ja sama, mówiąc do moich anglojęzycznych przyjaciół, wypowiadam znamienne body language, please. Dzięki temu bardziej widzę, z kim mam do czynienia; bardziej wiem nie tylko, co powiedzieć, ale w jaki sposób to zrobić, by być bardziej zrozumianą... Nie wszystko przecież da się przekazać słowami.

Kiedy patrzę na moje ostatnie relacje, cieszę się, że nie są one odrealnione. Kłócę się, czasem wściekam, wymieniam opinie, niekiedy na jakiś czas rozluźniam kontakt, mówię wprost: nie daję rady, pozwalam odejść, ale i daję sobie samej możliwość powiedzenia: odchodzę. Nie chcę tkwić na siłę w czymś, co wydaje mi się - na dany moment - bezcelowe (ale też pozwalam sobie wrócić, kiedy uznam, że ta relacja może jednak 'coś' wnieść w moje życie).

W Kościele katolickim wkurza mnie ostatnio mocno, że kiedy słyszę słowo "miłość", mówi mi się o wielkich rzeczach, nie wspominając o tych najmniejszych. Słyszę chociażby: "powinieneś zdobyć swą (ech, swoją!) małżonkę", "Bóg jest twoim Zbawcą", "raduj się, On cię miłuje, ty też miłuj swoich bliźnich". Słownictwo, które nie dociera. Mówienie o doświadczeniu, którego nie rozumiem, wobec czego nie jestem też w stanie przyjąć; mówienie w taki sposób, że nóż się w kieszeni otwiera.

Mam wrażenie, że wielu jest 'ekspertów życia duchowego'. Wśród nich tacy, którzy to, co mówią, przedkładają nad doświadczenie Drugiego. A przecież on ma prawo myśleć i robić, co chce (o ile mnie samego nie przywłaszcza).

Niedawno poznałam pewną dziewczynę, która stała mi się bardzo bliska. Ona - nieco na bakier z Kościołem, ja - trochę na swój Kościół zdenerwowana, ale ciągle jeszcze widząca w nim dość dużo dobrego. Rozmawiałyśmy godzinami o wierze, sensie życia, relacjach damsko-męskich, o trudnościach, o swojej przeszłości. Zwierzyłam się jej z niektórych rzeczy - i zostałam przyjęta. Obie stwierdziłyśmy, że historia ludzkiego życia - jakkolwiek to patetycznie i kościółkowato teraz nie zabrzmi - jest święta, niezależnie od bycia w Kościele czy poza nim.

Nie doszłoby zapewne do tego spotkania, gdyby nie język, którym się posługiwałyśmy. Gdyby nie otwartość na Inność Drugiego. Gdyby nie świadomość, że nie znam prawdy absolutnej - nawet jeśli przeczytałam wiele ustępów Katechizmu Kościoła Katolickiego, a Ewangelię Janową recytuję na wyrywki.

Relacje. Relacje. Relacje.

Marzy mi się Kościół (a może nawet świat?), w którym człowiek nie musiałby bać się mówić, co faktycznie myśli. Nie musiałby chować się za filarem pobożności, mówiąc tylko to, co wydaje mu się, że 'wypada', bo 'tak mówią biskupi'. Gdzie księża i zakonnice potrafiliby powiedzieć: nie potrafię, nie jestem w stanie.

Wiem, że jest to możliwe. Znam kapłanów, którym się to udaje. Poznałam takich, którzy przy mnie płakali (i w tym byli nie tylko szczerzy, ale naprawdę męscy), ale i takich, którzy nie bali się mówić o swoich emocjach (choć to zawsze niesie z sobą ryzyko niezrozumienia i odtrącenia). Którzy na słowo "seks" czy "pocałunek" nie reagowali z kwaśną miną czy nie znajdowali określeń 'bardziej pasujących', a słowa "ciąża" nie zastępowali zwrotem "kobieta stała się brzemienna". Znam też i takich, którzy kazania głosili nie tylko podczas niedzielnej Mszy św., ale i w codziennym życiu. Którzy udają herosów, choć wszyscy widzą, że ich wiara jest słaba jak - i tu włącza mi się sławny Coehlo - jak listek na wietrze, czy pawie piórko (och, ten liryzm!).

Na facebooku wyświetliła mi się ostatnio pewna grafika. Bardzo mi się podobała.


Niektórzy katolicy mówili mi, że źle robię, nie upominając 'grzesznika'. Odeszłam od tego jakiś czas temu. Wolę przyjąć tę osobę. Wysłuchać. Może wesprzeć. A nie upominać i karcić. 

Wolę wypić z nimi piwo niż powiedzieć "twój grzech rani Boga", dać do poczytania jakąś fajną książkę (niekoniecznie z kręgów około-religijnych) niż szafować cytatami z Pisma świętego. 

Jeśli mój Kościół ma mówić jakimkolwiek językiem, chciałabym, bardzo bym chciała, aby był to język dostosowany do drugiego człowieka, a nie słowa w próżnię. 

Nie lubię większości księżowskich kazań, a listy duszpasterskie doprowadzają mnie wręcz do szewskiej pasji. Może do kogoś trafiają - dobrze, jeśli tak jest. Uwielbiam, jeśli ma to przełożenie na relacje z innymi, jeśli widzę, że ksiądz faktycznie żyje tym, co mówi, jeśli słowa mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością i nie są od niej - mniej lub bardziej celowo - oderwane. 

Kończąc: (ta notka przeraża długością mnie samą): chciałabym, aby każdy na tym świecie - może przede wszystkim w Kościele, czuł świadomość, że... abym ja sama czuła, że...
Nawet jeśli wiązałoby się to z 'pokazaniem fuck'a' na rzeczywistość; z obróceniem się na piętach, z trzaśnięciem drzwiami, z przerwanymi relacjami, z uśmiechem od ucha do ucha tylko w momentach naprawdę radosnych...

Nawet jeśli miałabym być życiowym pustelnikiem, gdyby każdy mnie teraz znienawidził, chciałabym być szczera wobec samej siebie. Chcę kochać, a nie miłować. Cieszyć się, a nie radować. Iść do przodu, a nie kroczyć. 

Mówić, a nie głosić. 

Niech już będzie.



czwartek, 8 października 2015

nie wiem

Im dłużej żyję, tym o miłości mniej wiem. Chciałabym ją poznać. Mówią, że jest piękna, podobno ślepa - choć w to nie chcę wierzyć. Przecież ona nie może przymykać oczu na zło - szczególnie moje własne. To byłoby nielogiczne. Niekulturalne. A fe!

I tak żyję, nic o niej nie wiedząc. Szukam, choć więcej pewnie błądzę niż znajduję.

Naiwna. Jestem naiwna. Wierzę, że człowiek jest dobry i chce dobra - choć czasem mu nie wychodzi. Nawet ten, który strzela, szuka w tym czegoś dobrego. Może egoistycznie. Może nieumiejętnie. Może...

I zaspokaja potrzebę, której zaspokoić nie jest w stanie. Jeszcze nie teraz. Ani rusz. Ni trochę.

Ale szuka. Ciągle szuka. Pragnie. Pożąda. Szuka. Jawi mu się. Znajduje?
I...?

I albo mówi: chcę kochać, albo: to bez sensu, nie daję rady, nie chcę, idę stąd...

Tak już. Tak teraz. Lub w ogóle. Nigdy więcej.
Wie o niej. Tyle o ile. Doświadczył lub nie.

Ale kocha. Coś, kogoś, któregoś, jakiegoś...

Nie mówię o Bogu. O Nim wiem jeszcze mniej. Zachwyca Tajemnicą. Szepce do ucha. Czasem krzyknie - jak tata, który woła za dzieckiem, które lada moment może wpaść pod samochód. Dziecko może nie chce słuchać, nie zawsze potrafi, ale On jest... wyciąga ręce...

wierzę? nie wierzę?

Szukam.
Znajduję?

Idę.
Dochodzę?

Nie wiem. Nie umiem inaczej. Nie umiem wiedzieć.

Bo jeśli wiem, to tracę. Wolę nie wiedzieć. Szukać, szukać, szukać. Pasjonujące.

Zamknięty w schematach: Bóg-Miłość, Sędzia, Ojciec...
Moje wyobrażenie. Only image... A rzeczywistość? Rzeczywistość?

Notka - enigma?

Nie chcę, by ktoś mi mówił, jak mam wierzyć. I jak kochać. I jak szukać. I gdzie iść. I z kim żyć. Kogo unikać. Za kogo wyjść. Kogo pocałować. A kogo unikać.

I jak ostatecznie... być szczęśliwą.

Gęsia skórka.
Przez myśl nie przeszło, gdzie, jak, z kim i dlaczego...

Nie wiem. Nic już nie wiem.

Znajdę, czy znajdę tak?



poniedziałek, 21 września 2015

Droga

Czym się różnił Abraham od Odyseusza, jeśli nie tym, że pierwszy 'wyszedł z domu, nie wiedząc dokąd idzie' (usłyszał tylko wezwanie), a drugi szedł do swojej Itaki w widocznym celu - chciał jeszcze zobaczyć swoją ukochaną? Czy tym, co ich łączyło, była tylko droga, ślad butów pozostawionych na ziemi, a może 'coś więcej', jakaś tajemnicza siła, wieksza zarówno niż ludzkie przeciwności, ale i jakakolwiek logika, która nakazuje, że bezpieczniej jest nic nie robić (wtedy łatwiej uniknąć zranień i wrócić do ciepłego łóżka)?
Czy było to choć trochę rozsądne (mieli przecież swoje lata...)? Czy miłość w ogóle jest rozsądna?

Gdy zerknę na Apostołów, którzy po jednym spojrzeniu rzucają wszystko 'w pieruny' i idą... Kiedy pomyślę o Matce Teresie, o. Pio, br. Albercie czy s. Faustynie - którzy, działając tylko logiką miłości, robili w świecie tak dobrą robotę...

I kiedy przypomnę siebie samą sprzed kilku tygodni, gdy - wbrew wszystkiemu, co mi mówiło 'nie dasz rady', 'to nie twoje miejsce'... pozostałam z Moją Dominiką. Pokochałam ją - mimo wielu trudnych uczuć. Wbrew logice i ludzkim kalkulacjom.

A potem pojechałam autostopem, by uwielbiać Jego czułą obecność w oczach Drugiego, każdym geście dobroci, uśmiechu, gorącej kawie zagrzanej w podziurawionej puszce po brzoskwiniach...

Wyjście w drogę. Wcale nie musi to oznaczać fizycznego oddalenia... (choć podróże nauczyły mnie życia więcej niż te setki przeczytanych książek....).

Świadomość, że ktoś kocha i czeka. Jest - mimo wszystko. Choć może w drodze do niej wiele wątpliwości: czy przyjmie? czy będzie dalej kochać? jak z dalszym życiem?

Czy zaufam na tyle, że dam się w tej drodze narazić na zranienia, a może nawet śmierć? Czy będę pamiętać o tym pierwszym spojrzeniu? Tym doświadczeniu miłości, które pozwoliło Abrahamowi wyjść z domu, Odyseuszowi zatęsknić za ukochaną, a br. Albertowi dać chleb temu, który nie ma nawet okruszyn?

Dużo tu pytań, wiem.
Nie wiem, czy mi dziś na nie, w modlitwie, odpowie. Ale jestem pewna, że wysłucha. I da siłę, by wyruszyć - choć może muszę dłużej odpocząć.

Notka-enigma?

Dziś, podczas sprzątania papierów, znalazłam swój zeszyt z wierszami. Wstawię jeden z nich, bardzo mnie dziś to uderzyło (chyba muszę częściej wracać do tego, co tworzę...).

'Poznanie'
Poznałam Cię po ranach na rękach
Po cierpieniu które wstało z grobu
Po dziurze na kończynach boku
Głowie bo w koronie cierniowej widniała

Poznałam Cię po cierpieniu 
które
Przyszło z nieba

Nie po pokoju którego przyniosłeś na świat
Nie po łamaniu chleba jak uczniom z Emaus

Po cierpieniu
Bo nieludzko cierpiący Boże
Ludzki w cierpieniu się stałeś

Wrzesień 2010 

niedziela, 20 września 2015

Kimś więcej

Przez wiele lat bałam się spojrzeć w oczy drugiemu człowiekowi. Miałam wrażenie, że zostaję analizowana, oceniana, a przez to i nieakceptowana, odrzucona, a w konsekwencji niekochana. Uważałam, że na miłość trzeba sobie zasłużyć, że tylko ludzie dobrzy, mądrzy i poukładani mają prawo do szczęścia, a nieszczęśliwi i niekochani są tylko ci 'nienormalni', którzy mają swoje za uszami. Stawiałam sobie poprzeczkę wysoko - w szkole brałam udział w konkursach, w domu starałam się być jak najbardziej grzeczna (inna sprawa, że nie zawsze to wychodziło), a w kościele miałam najbardziej poprawnie złożone rączki, najgłośniej śpiewałam i w ogóle udzielałam się podczas Mszy świętych i innych nabożeństw.

Potem zaczęłam spotykać ludzi, którzy akceptowali moją inność. Którzy nie bali się mnie wysłuchać, przyjąć - niekiedy paraliżujący - lęk, być 'przy' i 'dla' nie tylko wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebowałam, ale po prostu. I ten Drugi zaczął być - też po prostu. Nie musiał się silić, by być lepszy niż jest, nie musiał udawać siłacza, w sumie nic nie musiał - wystarczyła sama obecność. 

Zaczęłam wierzyć, że miłość nie jest ślepa - jak niejednokrotnie zdarzało mi się usłyszeć, szczególnie, gdy byłam nastolatką. Bo miłość widzi to, co trudne, widzi rany i słabości Drugiego (i swoje własne), ale wie też, że te trudności, lęki, zranienia... to nie wszystko! 

Bo Ja jestem więcej niż suma moich porażek, kimś ważniejszym niż to, co powiedzą czy pomyślą o mnie ci, którzy nawet najmocniej mnie znają. Nie jestem grzechem, strachem czy ucieczką, jedną wielką raną czy niezrozumieniem. 
I Drugi też nie jest. 

Bliska mojemu sercu osoba napisała dzisiaj w wiadomości mailowej: "Agata, Ty będziesz kochać naprawdę. Nie wiem, czy już w tym życiu, czy nie, ale będziesz. Bo jesteś na Jego obraz i podobieństwo. A On kocha naprawdę. 
Ale to wymaga długiej drogi, masy odrzucenia, cierpienia i po prostu bólu. I to wymaga Twojej zgody na to. Inaczej to nie będzie naprawdę..."

Kiedyś ktoś powiedział mi, że ceni sobie moje pisanie, bo jest ono bardzo szczere. Nie będę ukrywać: mam 'problem' z miłością. Czasem ciężko mi uwierzyć, że ktoś chce być blisko, niczego nie oczekując. Że przytulenie się może być oznaką bliskości, a nie pożądania czy zagarniania Drugiego dla siebie. 

Ale dzisiaj nie mam już (raczej) problemu, aby spojrzeć w oczy. To w nich widzę radość spotkania, ból egzystencji, skutek przy rozstaniu. W nich odczytuję zakochanie, ale też gniew i złość.

Uwielbiam ocierać łzy z tych oczu. Niezależnie, czy radości i wdzięczności, czy trudności i rozpaczy. Wtedy, mam wrażenie, jestem najbliżej Drugiego. Nawet bliżej niż gdybym trzymała go w ramionach, robiła wspólnie tortillę czy - wtulona w ramię - oglądała film romantyczny o nieszczęśliwej miłości...

"O, zaprawdę ciężki to chleb całe życie pocieszać niepocieszonych, bezradnych, zbłąkanych. Ciężki i jakże gorzki. Trzeba być samemu jednym z nich, może nawet najbiedniejszym spośród biednych, zagubionym w niepewności tego i tamtego świata, a może i grzesznym jak oni, aby ta twoja pociecha nie była słowami, aby wspólna była wasza pociecha, jak wspólny jest wasz los. Zastanawiam się nieraz, czy w tych wszystkich nadziejach, co je w ludzkich sercach budziłem (...) sam dla siebie nie szukałem pocieszenia. Tylko że im dłużej człowiek innych pociesza tym go mniej znajduje dla siebie, tym gorzej zwątpieniem nasiąka." Wiesław Myśliwski Kamień na kamieniu

środa, 16 września 2015

mało znaczące

"Po co się niepokoić. Wszak Bóg w nas, a my w Nim, a poza tym wszystko takie mało znaczące" br. Albert Chmielowski

Decyzja o podróży autostopem przyszła bardzo szybko. Kilka kliknięć w grupie chrześcijanskich stopowiczòw i... Niewiele minut później "poznalismy się" z Leszkiem. "Masz już jakiś cel?" - zapytał. Nie miałam. Chciałam zwyczajnie 'gdzieś' pojechać. Byle wyruszyć z domu. "Może Medjugorie?" Nie zastanawiałam się długo. Kilka sekund później poszła odpowiedź.

Minął tydzień i byliśmy w trasie. 

Podczas całej podróży mieliśmy kilka trudnych doświadczeń. Pogoda dawała się we znaki - padał deszcz i było zwyczajnie zimno (nie pomagały mi zbytnio 3 pary spodni i kilka warstw z bluz, swetròw i ciepłej kurtki). Kierowca wysadził nas w centrum Wiednia na środku autostrady, choć prosiliśmy, by zatrzymał się na stacji benzynowej przed miastem. Z jedzeniem też było różnie (choć Pan Bóg troszczył się, wysyłając anioły w ludzkiej skórze, nie mogę narzekać!). Przeszliśmy z plecakami turystycznymi kilkadziesiąt kilometrów, by przez wiele godzin zatrzymywać samochody... I ostatecznie zrezygnować z celu naszej podróży i wrócić do Polski, odwiedzając Częstochowę.

Ale nie czuję przegranej. Ta droga wiele mi pokazała. Nigdy nie myslalam, że będę taka cierpliwa. I że kompan wytrzyma z moją cholerycznością :) A jednak... Nawet się szczególnie nie posprzeczaliśmy :)

Po co się niepokoić? - pyta br. Albert.

Gdy nie mogliśmy znaleźć noclegu w Wiedniu, niosąc Leszkową gitarę, zaczęłam śpiewać kanon z Taizé: "Niczym się nie trap, niczego się nie bój, Bogu zaufaj nic ci nie grozi... Bóg miłością jest!" W sumie tę pieśń dodść często śpiewałam. Kilka chwil później naszym oczom ukazał się... wiadukt. Śmierdziało odchodami, było głośno od samochodów, które przejeżdżały zarówno obok nas, ale i nad nami, reflektor świecił na niebiesko (wprawiając w nocy w przerażenie), włączał się alarm z pobliskiego budynku, wokół nas walały się śmieci (najprawdopodobniej pozostałość po innych 'lokatorach')... a my byliśmy szczęśliwi, że mamy 'dach nad głową', że nie zmoczy nas deszcz - tak było przecież poprzedniej nocy - że jesteśmy w miarę bezpieczni... Miejscòwka była na tyle dobra, że nawet - mimo hałasu i smrodu - udało się zasnąć... 

Punkt widzenia faktycznie zależy od punktu siedzenia.

Gdy mam dach nad głową i bliskich wokół siebie, często nie umiem być wdzięczna. Wydaje się takie oczywiste... 

A przecież nie musi tak być. Jedna decyzja, potknięcie, choroba, śmierć...

Ale po co się niepokoić? Ostatecznie przecież nic do nas nie należy...

Mówię o cierpliwości w drodze. Teraz mogłabym popukać się w czoło. Lub serce, krzycząc 'mea culpa'...

Nie mam łaski cierpliwości do chińskiego tableta, na którym piszę tę notkę. Najchętniej rzucilabym nim o ścianę. Jakby to od niego zależało moje szczęście...

Po co się niepokoić? Po co się martwić? 

Bóg miłością jest!

I to wcale nie pusty slogan.

Doświadczyłam. To naprawdę daje szczęście!

piątek, 4 września 2015

tak jest...

Chciałabym, abyś mógł odpocząć w moich ramionach. Abyś, przytulając się, mógł poczuć nie tylko ciepło mojego ciała, ale również to coś, co osoba religijna nazwie duszą, ktoś inny jednością charakteru, ja sama powiem - serce. Chciałabym, byś nie wstydził się tej bliskości. Tego trzymania za rękę, twoich rozszerzonych źrenic na widok zwiewności mojej sukienki (która podkreśliła moją dziecięcą kobiecość). 

I ja... Uwielbiam, kiedy dotykasz moich włosów. Gdy mówisz: nie daję rady, proszę, pomóż mi - dopiero wtedy jesteś naprawdę męski. Twoja męskość doskonale współgra z moją kobiecością. Twoja wrażliwość mówi więcej o twoim sercu niż te wszystkie, mniej lub bardziej wygrane, walki. I nie daj sobie wmówić, że nie potrafisz kochać, że nie powinieneś, bo jesteś 'mniej męski' niż inni. Nie rozumiesz tego, co się w tobie dzieje. Nie dajesz rady. Żyjesz wspomnieniami. Nie pozujesz do katalogu z największymi przystojniakami - bo, po pierwsze, nie masz wystarczającej odwagi, aby pójść na casting, a po drugie: patrząc w lustro, jesteś przekonany, że i tak by cię odrzucono.

Chciałabym, abyś poczuł się kochany. Doceniony. Przyjęty taki, jaki jesteś.

Nie jestem zwykłą altruistką. Przekonana jednak, że wartość naszej relacji nie przekłada się na ilość zer na twoim koncie, chciałabym, abyś przytulił. Tak po prostu. Chciałabym, w twoich ramionach, poczuć się zupełnie bezpieczna.

I wolna.

Dlatego pozwól odejść. I miej odwagę żyć swoim życiem.
Płacz, jeśli masz ochotę. Rób to, co mówi twoje serce. Bez cichej kalkulacji.

--------------------------------------------------------------------
A potem przychodzi rzeczywistość. Nieuczesane włosy, potargana przydługa koszulka, spodnie od piżamy noszone już drugi tydzień.

Nikt już nie trzyma w ramionach. Nikt nie odpisuje na SMS-a. Dla nikogo się nie liczysz. I nieważne są twoje pragnienia.

I nie ma na Ziemi człowieka, który by cię rozumiał. Nie wmawiaj sobie, że jest inaczej, bo nie jest.
--------------------------------------------------------------------
Ale to tylko rzeczywistość w twojej głowie. Bo tak naprawdę... tak naprawdę ty wiesz najlepiej. Twoje serce wie, że gdzieś ktoś w jakimś miejscu...
--------------------------------------------------------------------
I to uczucie samotności. Samotności, która nie zniewala, ale przynosi ukojenie. Kiedy leżysz w ramionach, których nie chcesz opuszczać. Czujesz się bezpieczna, przyjęta, kochana. Tak po prostu. I on też się tak czuje. Zupełnie dar-mowo (jak napisał Rafał na swoim facebookowym profilu). Jako dar a nie powinność.

Nie wiem, o czym mam mówić - powiedziałam przedwczoraj podczas rozmowy z bliską mi Osobą. Chciałbym, abyś czuła, że możesz odpocząć, odetchnąć, niczego nie oczekuję, po prostu bądź. 
---------------------------------------------------------------------
Daleka jestem od tego, by mówić przytul się do Jezusa czy On jest odpowiedzią na twoje pytania, a może Bóg cię kocha, to ci wystarczy. Czasem ciężko odnaleźć w ludziach człowieka, więc nie dziwię się, kiedy nie możemy spotkać Boga we wszystkich smutnych twarzach na Mszy w wiejskiej parafii, w opuszczonych murach kościołów czy oczach dziecka błagających o miłość i kromkę chleba. Ciężko... Przecież 'tyle zła na świecie'. "Człowiek człowiekowi wilkiem" - jak w wierszu Stachury.

Znaleźć spokój i bezpieczeństwo? Ukojenie, poczucie wolności?

Spójrz w lustro. Potem na obraz poniżej. I potem znów w lustro.

Być może nie znajdziesz odpowiedzi. Ani spokoju, ani poczucia bezpieczeństwa. Może znów nie będziesz nic czuć. Albo poczujesz zbyt wiele.

A może wydaje ci się, że nic z tego. Spójrz. A potem w lustro.

Jesteś piękny. Jesteś cudowny. Jesteś kimś ważnym.

I nie daj sobie wmówić, że tak nie jest.

Jesteś darem. Perłą. Nawet jeśli wpadniesz między świnie. Nawet jeśli ktoś lub coś chce zmieszać cię z kupą gówna. Jesteś darem.



Agato.