środa, 29 lipca 2015

Brańszczyk cz. 2 - Monika

- Jak masz na imię? - po raz kolejny zapytała mnie Monika.
- Agata.
- Ładne imię...
- Dzięki.
- A masz rodzeństwo? A jak mają na imię? Ile mają lat? A byłaś w Białymstoku...?

Pytania powtarzają się niczym mantra. Imię, rodzeństwo, ich wiek, Białystok. To męczące. Chce się od niej uciec, a nie jest to wbrew pozorom takie trudne, wystarczy usunąć się cicho na palcach - Monika przestała widzieć w szóstym roku swojego życia.

Monika, dlaczego pytasz mnie, czy byłam w Białymstoku? - to pytanie wzbudziło moje szczególne zainteresowanie. Aaa, bo zmarła tam moja siostra, zaraz po urodzeniu. Chorowała na to samo, co ja. To choroba genetyczna, nieuleczalna... Została pochowana pod Białymstokiem...

Niewidoma trzydziestokilkulatka, która dzień w dzień modliła się o to, aby mogła zacząć widzieć - choć to, po ludzku, niewykonalne. W modlitwie spontanicznej wspominała też swoją siostrę, wujka Kazia i innych z rodziny. Niezwykle wrażliwa, na swój sposób inna, dla mnie stała się mocno wyjątkowa...

Wiara pomimo bezsensu - przecież to po ludzku niemożliwe, by odzyskała ten wzrok! A może wcale nie jest jej potrzebny? Doskonale sobie radzi bez niego (wiedziała lepiej ode mnie, że to w męskiej toalecie jest mydło, podczas gdy w damskiej go zabrakło!). Wierzy, pomimo wszystko...

Wstyd przyznać, uważałam ją za wariatkę. Zaczepiała ludzi. Gdy miałam dyżur nocny, spotkałam ją na korytarzu. Błagała, by zrobić jej herbatę (o dziwo, wiedziała, że siedzimy tam z Mateuszem, "patrzyła" w naszym kierunku - choć nie odzywaliśmy się kompletnie!). Może nie byłoby to śmieszne, gdyby nie fakt, że wyszła zza winkla o 4 rano!

Na jadalni również dała się poznać jako ta "wiecznie błagająca". Ciągle "czegoś" chciała - a to herbaty, a to chleba, a to... "Wydziwiała". Sama nie wiedziała, czego tak naprawdę chce. 

A chciała tylko i aż (!) miłości i poczucia bezpieczeństwa. Jak każdy człowiek...

Kasia, kocham cię, słyszysz? Powiedziała do mnie, gdy wlewałam "na później" herbatę do butelki po wodzie Żywiec. Nie jestem Kasia - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Agatka, to ty? Ciebie też kocham. 

Denerwowało mnie jej zachowanie, to prawda. Kiedy mogłam, omijałam bardzo szerokim łukiem - wstyd przyznać. Tłumaczyłam się potem sama przed sobą, że Dominika wymagała równie wielkiej uwagi. 

A Monika ciągle "błagała", aby zrobić jej herbatę... Aby z nią być. Aby ktoś wysłuchał jej historii o Białymstoku.

Aby nie czuć się samotną i opuszczoną. W domu pomocy społecznej raczej zamykają usta niż wysłuchują...

W sercu ciągle wybrzmiewa mi jej modlitwa. Czasem i po trzy razy podczas Mszy padło: o przywrócenie wzroku. Przypominało mi to scenę, w której człowiek - Bartymeusz - leżał przy drodze i strasznie krzyczał.  Też nie widział, też żebrał o miłość. Też chciał być zauważony. I też był zapewne nieraz uciszany.

On się doczekał, a Ona? 

Bóg milczy? A może już wypowiedział to kocham cię w jej sercu? 

Wiara pomimo bezsensu... Nikt nigdy Boga nie oglądał... - mówi św. Jan. 

Może niepotrzebne są oczy, aby widzieć i kochać bardziej? Aby modlić się wierniej? Aby być i trwać pomimo wszystko?

---------------------------------------------------------
Jung napisał kiedyś, że "rozumienie jest trudne, dlatego większość ludzi ocenia". A kiedy się ocenia... czy ma się czas kochać Człowieka?
---------------------------------------------------------
Mateusz, Mateusz! - krzyk Huberta  roznosił się w całym domu. Nie wiem, ile lat skończył - ciężko stwierdzić. Zwrócił moją uwagę podczas modlitwy. Dziękuję za wolontariuszy, którzy obrócili mnie w nocy na drugi bok... Proszę, bym mógł przyjechać jeszcze do Brańszczyka. Dziękuję za tych, którzy podali mi dzisiaj wodę przez słomkę... Dziękuję... 

Bez cienia żalu - a przecież miał prawo. Bez skrępowania - choć przecież wszyscy widzieliśmy, że nie jest to takie łatwe. 

Samo mówienie także przychodziło mu z trudem. Tym większe było wzruszenie - tak na mojej twarzy, jak i twarzy tych, którzy modlili się razem z nami. Dziękowanie za to, co dla mnie - osoby zdrowej - jest oczywiste. Obrócenie na drugi bok, skorzystanie z toalety... Podanie kubka z zimną wodą podczas upału.

I wiara, że ktoś zrobi to po raz kolejny. Przyjdzie, pomoże, obróci na bok.

Dobrze, że tu jesteśmy - powiedziałam, już półświadomie, do Mateusza podczas naszego nocnego dyżuru. Tak dobrze... 

Zobaczyłam w nim Chrystusa - wcale nie jest to górnolotne stwierdzenie. Chrystusa, który z krzyża mówi Pragnę. Pragnę cię kochać, człowieku. Pragnę, byś był obok. Pragnę, abyś żył we Mnie. Pragnę, by przez twoje ręce ktoś inny odszedł szczęśliwszy.

Hubert dostał ode mnie buziaka. Zaśnij spokojnie! - powiedziałam. Uśmiechnął się. Wyszliśmy. 5 minut później już dało się usłyszeć bardzo głośne chrapanie. Noc spokojniejsza? 

Przyszli i obrócili na drugi bok.

Wystarczyło. Do kolejnej rundki, kolejnego krzyku, kolejnego obrócenia...
---------------------------------------------------------
Wielu Żydów przybyło przedtem do Marty i Marii, aby je pocieszyć po bracie. Kiedy zaś Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta rzekła do Jezusa: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga. Rzekł do niej Jezus: Brat twój zmartwychwstanie. Rzekła Marta do Niego: Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym. Rzekł do niej Jezus: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to? Odpowiedziała Mu: Tak, Panie! Ja wciąż wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat. (J 11, 19-27)
---------------------------------------------------------
Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga.

Bóg da wszystko. 

Bóg dał wszystko. 

To Pragnę z krzyża. Wystarczy? 

--------------------------------------------------------
Panie, przywróć mi wzrok, jak przywróciłeś go Bartymeuszowi. Spraw, abym widziała jak Monika to wszystko, czego jeszcze nie umiem dostrzec. Daj mi takie serce, które nie będzie patrzyło na innych krzywym okiem. Uzdolnij mnie do miłości, która nie jest tylko pustym słowem. 

Pozwól mi kochać Twoją miłością. I tą miłością zmieniać siebie - nie innych, nie tych "złych", tych "niewierzących", tych "wariatów", ale mnie samą.

Daj mi tę obiecaną cząstkę. Nie chcę być jej pozbawiona.
Siebie daj. 

Wystarczy?


piątek, 24 lipca 2015

miłość ma sens

Zaliczam się do ludzi, którzy nigdy nie zwątpili w to, że Bóg istnieje. Nie wiem dlaczego, od zawsze w to wierzyłam - nawet wtedy, kiedy daleko było mi, aby znaleźć się w kościele (jako małe dziecko nie bardzo lubiłam tam chodzić). Ufałam, że istnieje "coś" (Ktoś?) więcej. Tęskniłam. Pragnęłam. I, może to głupio zabrzmi, ale pociągało mnie to, co duchowe.

Lata minęły, a to jeszcze bardziej zaczęło rosnąć...

I wtedy zrozumiałam, że nie o to idzie w wierze w Boga. Zrozumiałam, że moja wiara - choć mocno podsycona pragnieniem poznania Go - niekoniecznie jest żywa. Pojęłam, że w wierze w Boga nie chodzi wcale o chodzenie do kościoła, o udział w nabożeństwach różańcowych czy nawet - wyższa jazda? - w duszpasterstwach akademickich. Nawet nie chodzi o wiarę w to, czy Bóg istnieje.

Coraz częściej w sercu pojawia się więc pytanie nie o to, czy Bóg jest (bo ja tego przecież nigdy nie kwestionowałam!), ale czy Miłość - a więc i sam Bóg - ma w ogóle sens?

Czy ktoś ci kiedyś powiedział, że cię kocha?

Te słowa, jak echo, odbijają się w moim sercu. Usłyszałam je w chwili wielkiego strapienia podczas rekolekcji z osobami z niepełnosprawnością. Chciałam dać w mordę temu człowiekowi, który je wypowiedział. W tym właśnie momencie powróciły te wszystkie chwile, w których czułam się jak kula u nogi. Chwile, w których usłyszałam jesteś nikim, nic z ciebie nie będzie czy żałuję, że... Ciężko było znaleźć jakikolwiek moment, w którym naprawdę czułabym się kochana! A to pytanie odsłoniło całą prawdę o moim poranionym, spragnionym miłości sercu dziecka.

Potem podszedł do mnie Tomek, który choruje na Zespół Downa. Uwielbia się przytulać, a jego uśmiech jest zaraźliwy. Nazywaliśmy go Tomkiem Teologiem - jego teksty na tematy (około)religijne były naprawdę przecudowne! Tomuś podszedł do mnie, spojrzał spod swoich okularów i powiedział: "cieszę się, że cię poznałem". 
A potem Iza, podczas kolacji, krzyknęła: "kocham cię Agata".
A potem pan Józef, człowiek-zagadka, po raz kolejny powiedział mi, że jestem aniołkiem, bo zawsze zalewam mu jego herbatę, pytam czy coś podać, a przede wszystkim się uśmiecham... A on lubi uśmiechnięte dziewczyny. 

Czy ktoś ci kiedyś powiedział, że cię kocha?

Znam uczucie zdrady, kiedy pozostawiają cię najlepsi przyjaciele. Wiem, jak smakuje czekanie aż tata wróci z pracy - chociaż nie zawsze się to docenia, a niekiedy ucieka od tego widoku (choć jego nieobecność boli bardziej niż obecność, czasami ma się kogoś zwyczajnie dość). Poznałam poczucie porażki, niepewności o jutro, usłyszałam kiedyś nic z ciebie nie będzie... 

I bardzo rzadko ktoś mi mówi, że mnie kocha. A kiedy te słowa już padają, strasznie ciężko mi w nie uwierzyć. 

Nie pytaj, czy Bóg istnieje, ale czy Miłość ma sens...

Są ludzie, którym nikt nigdy nie powiedział, że jest kochany. To zarówno ci bezdomni w wielkich miastach, przed którymi zatykamy nos i zasłaniamy oczy, aby nie widzieć całego syfu, w którym się żyje, ale też dzieciaki bogaczy, które poznały jedynie smak pieniądza, a nie bliskiej relacji. Nie chcę generalizować, każdy przypadek jest inny, każda historia wyjątkowa i święta, ale wiem jedno: są ludzie, którzy ciągle czekają, aż ktoś im powie: jesteś dla mnie ważny! Są ludzie, którzy nigdy nie usłyszeli: kocham i przyjmuję cię takiego, jakim jesteś! 

Do dzisiaj pamiętam słowa mojego Przyjaciela, który zapytał mnie w Pradze: czy pamiętasz, że Twoja historia życia jest święta?

I to jest największa tragedia! Poczucie, że jesteś nikim, że nic dla nikogo nie znaczysz... Samotność, która zabiera życie w pełni, która rujnuje dzieciństwo, która odbiera smak tego, co najlepsze. Nic tak nie boli, uwierzcie, jak świadomość bycia niezauważonym, niekochanym, niedocenionym.

Nigdy nie mówię: ten niewierzący jest zły. Nie oceniam ateistów. Nie wiem, dlaczego nie wierzy - może to wybór jego sumienia/rozumowania, może - jak filozof Nietzsche - doświadczył w swoim życiu wielkiego cierpienia...? 

Nie wiem, czy TY, który czytasz tę notkę, kiedykolwiek od kogokolwiek usłyszałeś: jesteś dla mnie ważny...?

Ale jednego jestem pewna - i sama coraz mocniej do tego dojrzewam! (piszę to też po to, aby zwyczajnie nie zapomnieć): Ty jesteś większy niż suma Twoich porażek. Ty jesteś kimś bardziej znaczącym niż Twoje zranienia. Znaczysz więcej niż to wszystko, co powiedzieli - lub czego nie powiedzieli - o Tobie Twoi rodzice, przyjaciele czy była dziewczyna. KIMŚ WIĘCEJ.

Może jeszcze ciężko Ci w to uwierzyć - mnie niekiedy, szczególnie w cierpieniu, również.

Nie będę mówić: Bóg Cię kocha. Coraz bardziej od tego odchodzę. Chcę powiedzieć jedynie: wierzę w Miłość, która ma sens. Która w tym całym syfie i bezsensie życia, mówi: spójrz na mnie, na mój krzyż - to wszystko dla ciebie. 

Choć pewnie jutro będę chciała ten krzyż podeptać - bo stanie się dla mnie czymś takim, jaką i ja się kiedyś czułam - jak kula u nogi. Bo przypomni, że można bardziej kochać pomimo odrzucenia, a jednocześnie przypomni to całe cierpienie, które i ja gdzieś w sercu noszę.

Nikt ciebie nie potępił? I ja ciebie nie potępiam... 

Czy zrozumiem Twoją miłość, Mój Boże? 

Pozwól mi doświadczyć Siebie we mnie.



środa, 22 lipca 2015

Brańszczyk cz. 1.


Kiedy na nich patrzę, nie mam odwagi powiedzieć osoby niepełnosprawne. To pewien, nieporadny zresztą, skrót myślowy. Może są w jakiś sposób ograniczeni ruchowo, może nie umieją mówić lub myślą inaczej niż ja... Ale to osoby w pełni sprawne, jeśli chodzi o niektóre funkcje... a tą zdecydowanie jest pragnienie miłości!

Dwa kroki przede mną biegnie dwudziestoletnia Dominika. Chce włączyć radio, by znów, na kilka godzin, wyłączyć się ze świata. Nie rozumiem, dlaczego tak jest. Nie wiem, o czym myśli w chwili, gdy po raz kolejny przełącza między piosenkami, aby znów wrzucić ten sam werset tej samej piosenki. Mija trzecia, czwarta godzina i… NIC! Staram się przekonać ją, aby wyszła z pokoju, zachęcam lodami, chcę iść na Mszę świętą i konferencję… bezskutecznie! Łzy bezsilności zaczynają kapać mi po nosie. Mam dość jej humorów, choć – paradoksalnie – pokochałam ją od początku…

Daj buziaka! – krzyczy, łapiąc za szyję i przyciskając moje usta do swojego policzka. Bardzo potrzebuje czułości, poczucia bezpieczeństwa, wsparcia – nie tylko słownego… Wyczuwa momenty, w których ktoś się na nią zdenerwuje – i reaguje agresją. Potrafi skopać, złapać za włosy, dotykać rzeczy innych podopiecznych… A przy tym wszystkim nie da się jej nie pokochać, po prostu. Kiedy uśmiechnie się, złapie w sklepie panią zza lady i powie: daj buziaka!, po czym wyjdzie z Tymbarkiem swoim szybkim, zamaszystym krokiem (oczywiście, bez zapłacenia)… Kiedy wybrudzi się doszczętnie, machając głową w prawo i w lewo, i – jak powiedział Sebastian – wyglądając wtedy jak ptak dodo… Gdy muzyka sprawia, że wpada w trans, odcina się od świata – a słowa niektórych z nich zna lepiej niż przeciętny Kowalski. Kiedy godzinami może podziwiać strażaka Richarda, mając jedno jego zdjęcie wydrukowane w kilku kopiach (!) w specjalnym skoroszycie, a oczy płoną jej z zachwytu na widok budynku OSP.

Dominisia, czy wiesz, że jesteś kochana? – ni stąd, ni zowąd zapytałam moją podopieczną. Nie wiem, dlaczego zadałam to pytanie – może sama chciałabym to kiedyś usłyszeć? Nie spodziewałam się takiej odpowiedzi. Kompletnie. Miśka rzuciła mi się w ramiona, pocałowała (raczej to ona chciała być całowana!) w policzek i powiedziała: teraz już wiem! To wystarczyło, aby wzruszyć, aby zapamiętać ten moment na długo, jeśli nie do końca życia…

Na drugi dzień zapytałam, dokąd tak biegnie. Książki, książki o strażakach – odpowiedziała krótko. Dominika, książki poczekają – chciałam przekonać ją, aby usiadła z nami w kawiarence. Książki – wysyczała przez zęby. Dominisia, książki poczekają – powiedziałam po raz drugi. Nie, książki… Dominika, ale na dole są ludzie, którzy na ciebie czekają… Odwróciła się na pięcie i… pobiegła do kawiarenki! Przekonałam ją? A może, po raz kolejny, poruszyłam jej spragnione Obecności serce? Obierając drugie jabłko, uśmiechnęłam się pod nosem: czekałam na ciebie Dominika… 

Tego samego dnia, po obiedzie, szłyśmy do jej pokoju oglądać, jak co dzień, zdjęcie Richarda. Dominika, kto pierwszy ten lepszy – zaczęłam biec. Zaśmiała się, mówiąc, że oszukuję, po czym dobiegła do mnie i zaczęła mnie łaskotać. Oddałam jej później, kiedy siedziałyśmy razem na kanapie – ja opierałam się o ramię Dominiki, trzymając swoje nogi na jej kolanach. 

Od chwili, kiedy dowiedziała się, że jest kochana, zaczęła się zmieniać. A może…? Może to nie ona się zmieniła, ale mój stosunek do niej samej? Przecież dalej lubiła muzykę, czytała te swoje strażackie książki i przeglądała czasopisma na korytarzu… Jednak w jej oczach widziałam tę radość, której nie umiem wytłumaczyć. Co ty z nią zrobiłaś? – zapytał mnie jeden z wolontariuszy. Nic, kompletnie… Oprócz tego, że odnalazłam w niej samą siebie. Wbrew pozorom, jesteśmy bardzo do siebie podobne! Przestałam udawać 'panią pedagog', a stałam się Agatką, która kocha i chce dla niej dobrze…

Agatka jest taaaka szczęśliwa – powiedziała moja podopieczna, gdy szliśmy małą grupką na lody do sklepu. Zauważyła. Bardzo się nią cieszyłam, to prawda, ale czy aż tak mocno było to widać? Większego komplementu dawno nie słyszałam…

I przyszedł ostatni Apel Jasnogórski. Pierwszy, na którym była. Siostra Magdalena zaczęła śpiewać "Zapada zmrok". Dominisia spojrzała na mnie swoimi niebieskimi oczkami, szarpnęła za rękę i z łatwością wypowiedziała Kocham cię. Wzruszyłam się. Ja też cię kocham – odpowiedziałam.

Po trzech dniach pobytu tam chciałam wracać do domu. Sprawdziłam już odjazdy z Brańszczyka do Wyszkowa, aby łatwiej dostać się do Warszawy, a stamtąd do domu. A z drugiej strony – i to przeważyło – od początku pokochałam tę dziewczynę… Ten jej zaraźliwy uśmiech. To łobuzerskie spojrzenie. Jeśli ty ją zostawisz, to kto ją mocniej pokocha? – zapytał mnie ks. Dyrektor. Nie umiałam odmówić. Potem spędziłam z nią jeszcze tydzień. Jeden z owocniejszych tygodni mojego życia!

Dzisiaj, kiedy mijają już dwa tygodnie od naszego ostatniego spotkania, chciałabym powiedzieć, za świętym Janem: w miłości nie ma lęku! Miłość usuwa lęk! 

Przecież to główna maksyma mojego bloga…

Najtrudniej jest kochać tych najbardziej do nas podobnych… 

A oni ciągle czekają, aż ktoś im powie: kocham cię. Czasem tylko tyle wystarczy, aby zmienić… 

Najcichsza Obecność.




sobota, 13 czerwca 2015

bo tak jest, jak jest

Niewiele pamiętam z wczesnego dzieciństwa. Wiem, że miałam zaledwie 3 lata, kiedy starsza siostra nauczyła mnie czytać. Od zawsze lubiłam sięgać po książki, choć szkoła, a raczej polski system edukacji, skutecznie chciał zniszczyć we mnie ten zapał. Mam wiele ulubionych pozycji, ale przez Sienkiewicza czy Orzeszkową nigdy nie przebrnęłam - wstyd przyznać. Oddawałam się z reguły utworom z szeroko pojętej klasyki, pisanej zarówno prozą jak i poezją, sama też coś tam w życiu napisałam [choć jestem zbyt młoda i zbyt jeszcze nie-umiejąca, by można to chociaż postawić obok klasyki]. Gdybym dzisiaj umarła, zostawiłabym po sobie miliony porzuconych, zapomnianych, wpół-pożółkłych kartek i niedokończonych zdań na końcu zeszytów, a także tego bloga i wiele wpisów na Facebooku - mniej lub bardziej mądrych. 
To, co robię dzisiaj, zawdzięczam mocno moim rodzicom, którzy nigdy nie zmuszali mnie do czegokolwiek. Bardziej wskazywali drogę - choć też niekoniecznie. Byli obok, przyglądali się, starali słuchać... może nie zawsze to dostrzegałam (i często do tej pory mam problem), ale teraz, kiedy tak rzadko bywam w domu, widzę, że całe życie mocno się starali. To wielki wyczyn dla mojej Mamy urodzić szóstkę dużych i zdrowych dzieci. To wielki wyczyn chcieć je wychować możliwie jak najlepiej, zapewnić im jak najlepsze warunki rozwoju, być przy każdym z nich, szanować jego wolność i indywidualność... Sześcioro dzieci - sześć różnych charakterów. Nie mam pojęcia, jak moja Mama była to w stanie wszystko zawsze ogarnąć. Jak Tata przez tyle lat (Mama poszła do pracy stosunkowo późno, chodziłam już do szkoły), zdołał to wszystko ogarnąć finansowo, choć łatwo nigdy nie jest i nie było.

Gdy pomyślę o moim dzieciństwie, wspominam te wszystkie rajdy rowerowe (i Mamę, która woziła mnie na bagażniku), podczas których uczyłam się, jak być dobrym człowiekiem. Dość długo miałam problem z utrzymaniem równowagi na rowerze (nauczyłam się jeździć, mając chyba 12 czy 13 lat), ale nigdy nikt nawet nie zaśmiał się ze mnie z tego powodu. W pamięci pozostaje mi moje cudowne (!) uratowanie, gdy brat wciągnął mnie, małą czterolatkę, na pomost, gdy niczego nieświadoma chciałam zanurzyć w wodzie swoje przykrótkie nóżki (do tej pory pozostała blizna na moich plecach, nieumiejętność pływania i strach przed większymi zbiornikami wody). 

Mam świadomość, że to, co piszę, może wydawać się niektórym zbyt intymne. Wiem również, że tę notkę przeczyta najprawdopodobniej moja Mama, która od jakiegoś czasu śledzi regularnie wpisy swoich znajomych na Facebooku. 
Wiem też, że pisałam na blogach wiele - nie zawsze było to, dla mnie samej, łatwe i przyjemne - mimo że z reguły spotkałam się z pozytywnym odbiorem.

Blog w pewien sposób obnażył we mnie moje pragnienia. Dzisiaj nie potrzebuję wielu czytelników (mimo że zawsze miłe jest, gdy ktoś pozostawi po sobie komentarz), a jeszcze dwa lata temu nie mogłabym tak powiedzieć. Jest to dla mnie sposób ewangelizacji. Kiedy prowadziłam bloga na Deonie, mocno tego doświadczyłam - w momencie, kiedy podjęłam decyzję o wstąpieniu do klasztoru i to publicznie opublikowałam. Dziękuję Bogu za ten czas - w ostatnim tygodniu przed wstąpieniem otrzymałam kilkadziesiąt e-maili (na wiele nie zdążyłam odpisać...) z zapewnieniem o modlitwie, ale również z opisem indywidualnych historii życiowych. 

To był dla mnie wielki dar, ale również zadanie... Aby nie polec w walce. Aby być tą osobą, na jaką się kreuję. Czy się udało? - nie wiem. 

Dzisiaj blog nie jest dla mnie tak ważny, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Piszę notki rzadziej, starając się raczej kształtować swoje życie na realnych relacjach. Jednak nie mogłabym powiedzieć, że nie stanowi on ważnego dla mnie etapu, że nie dojrzewał łącznie ze mną... I chociaż poprzednich blogów nie znajdzie się już w eterze, gdyż zostały usunięte (chyba, że ktoś jest informatykiem, to pewnie potrafi :)), to jednak... nigdy nie wymażę swojej historii. 

Niewiele pamiętam z wczesnego dzieciństwa - tak zaczęłam swoją notkę. To prawda. 

Jednak dzisiaj jestem pewna, że Ten sam Bóg, który pozwolił mi się urodzić w tej a nie innej rodzinie, Ten sam Bóg, który był, chociaż ja miałam ochotę odejść, Ten sam Bóg mówi dzisiaj do mnie przez usta Ozeasza:

Miłowałem Izraela, gdy jeszcze był dzieckiem,
i syna swego wezwałem z Egiptu.
Im bardziej ich wzywałem,
tym dalej odchodzili ode Mnie,
a składali ofiary Baalom
i bożkom palili kadzidła.
A przecież Ja uczyłem chodzić Efraima,
na swe ramiona ich brałem;
oni zaś nie rozumieli, że troszczyłem się o nich.
Pociągnąłem ich ludzkimi więzami,
a były to więzy miłości.
Byłem dla nich jak ten, co podnosi
do swego policzka niemowlę -
schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go.
Oz 11, 1-4 

Czy kiedyś będę umiała Mu do końca zaufać?

Przywróć mi wiary.



poniedziałek, 1 czerwca 2015

Ducha radości

Nie wiem, czy mieliście kiedyś tak, że bardzo chcieliście coś zrobić, coś powiedzieć, wykonać pewną rzecz, ale tak mocno brakowało Wam odwagi? Gdy mieliście ochotę się przytulić, ale wewnętrzny dorosły mówił: "jesteś niepoważny" albo, co gorsza, "nie masz prawa okazywać swoich uczuć"? Gdy w sercu pojawił się moment niesamowitej radości - że gdybyś mógł, to zaśmiałbyś się w głos na cały świat, ale... ale "coś" ci mówiło, że nie wypada, bo co powiedzą inni...?  

Jeśli nigdy tak nie miałeś, mogę Ci powiedzieć, że podziwiam. Naprawdę podziwiam. To oznacza, że kompletnie nie przejmujesz się opinią innych osób, jesteś zawsze i wszędzie sobą, żyjesz jedynie tak, jak chcesz - wolny od jakichkolwiek lęków i myśli "co powiedzą inni".

Wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Boga. Nie otrzymaliście przecież ducha niewoli, aby się znowu pogrążyć w bojaźni, ale otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możecie wołać: "Abba, Ojcze". (Rz 8, 14-15)

Dość często słyszę ostatnio, że jestem takim "dużym dzieckiem". Przyznam, że jest to dla mnie największy komplement! Wiem, że niektórym osobom moje zachowanie może wydawać się "niepoważne", a przytulanie być oznaką dziecinności. Oczywiście, nie przytulam każdego i w każdym miejscu (nie wyobrażam sobie wtulić się w ramię pani profesor po zdanym egzaminie z teoretycznych podstaw edukacji - choć pewnie miałabym na to ochotę). I nie chodzi mi wcale o to, że mi "nie wypada" (bo tak naprawdę, co lub ktoś przesądza, że coś 'wypada' albo nie?), ale szczególnie o tę drugą osobę. Czuję się wolna w okazywaniu swoich emocji, ale czy Drugi też to tak odbiera? Czy nie jest to zagrożenie jego sfery komfortu? 

A może... on też czeka, aby go przytulić? Aby mu powiedzieć: jesteś dla mnie ważny lub zależy mi na tobie?

Wczoraj napisałam Przyjaciółce, że bardzo mocno potrzebuję obecności drugiego człowieka. Ostatnio widzę to coraz mocniej. Źle mi, gdy muszę przebywać sama w pokoju. Źle mi, gdy nie ma blisko mnie kogoś, na kim mi zależy. Gdy nie mogę kogoś przytulić, spojrzeć w oczy, uśmiechnąć się, objąć ramieniem. Zwyczajnie mi źle. 

Tu wcale nie chodzi o wielkie rzeczy, ale o świadomość bycia przy. Jestem dla kogoś, a Drugi jest dla mnie. Tak po prostu. Możemy jeść razem obiad (oj, jak lubię wspólne gotowanie!), ale możemy też pograć w ping-ponga czy porobić krzyżówki. Pouśmiechać się, powspominać, po... Nic wielkiego, nic spektakularnego.

Mam wrażenie, że niektórzy myślą, że miłość to coś oszałamiającego. Coraz mocniej dla mnie drugim jej imieniem jest Codzienność. Pani Codzienność, która notorycznie pokazuje, jak najlepiej przeżyć swoje życie.

Bo warto przeżyć je jak najlepiej. 

Parafrazując: nie otrzymałeś ducha niewoli, aby się znów pogrążyć w lęku, ale otrzymałeś ducha, w którym zostałeś dzieckiem Boga, do którego możesz krzyczeć: Ojcze, Tatusiu! 

Skoro tak, czy zawsze muszę być poważną panią Agatą? 

On zna moje serce i nie odwraca się, gdy wzywam Go,
kocha mnie pomimo tego że tak niewiele mogę Mu dać....

sobota, 30 maja 2015

no tak

Piszę od wielu lat, właściwie - od kiedy pamiętam. Najpierw były to krótkie zdania, potem jakieś wierszyki, eseje, mniej lub bardziej poważne teksty. Pisanie pozwala mi się uwolnić, odetchnąć, spojrzeć z dystansu (szczególnie po tekstach, które pisałam do szuflady z zagryzionymi z bólu wargami). Nie wiem, czy umiem to robić - ale uwielbiam. Wystarczy mi pasja, przecież robię to przede wszystkim dla siebie. 

Piszę, piszę, piszę. Wszędzie piszę. Czasem zdarza mi się także na Mszę przynieść zeszyt. Nie wyciągam go nawet na nudnym kazaniu, ale notes w torebce jest. Tak żeby nie zapomnieć, by zapisać, jeśli coś natchnie. Nie zapomnieć, by wyryć na stałe, jeśli coś poruszy. 

Więc piszę, piszę, piszę... Często nie wiem właściwie po co... 

I tak jest z tym blogiem. Nie wiem, dlaczego i - przede wszystkim - dla kogo go prowadzę. Dla siebie samej? Przecież mam swoje 3 zeszyty, w których skrupulatnie zapisuję tę czy inną myśl. Dla innych? A czy "inni" tu w ogóle zaglądają? 

Ostatnio dopadł mnie weltschmerz. Nie wiem, czy to przesilenie wiosenne - przecież już prawie lato. A może stres przedegzaminacyjny? Napięcie przedmiesiączkowe? Strach przed miłością? Trudności z akceptacją siebie...? NIE WIEM. Ale wiem, że ciężko było mi nawet wstać z łóżka, umyć się, zrobić sobie coś do zjedzenia. Ciężko, cholernie ciężko.

I tak przeleżałam ostatni weekend, wychodząc tylko ze współlokatorką na 19:30 w niedzielę do kościoła (choć i tego nie za bardzo chciałam). Miałam poczucie, że to wszystko nie ma sensu. Bóg? On w ogóle istnieje? Jeśli istnieje, to dlaczego mój szwagier umiera w hospicjum? Dlaczego tak ciężko dogadać mi się z tatą? Dlaczego nic nie jest po mojej myśli? Dlaczego życie płata takie figle? Dlaczego nie umiem kogoś tak po prostu pokochać, z wzajemnością? Dlaczego, dlaczego, DLACZEGO?

I kiedy tak leżałam w pozycji embrionalnej, dostawałam jeden SMS za drugim. A wśród nich zapewnienie o modlitwie, propozycja rozmowy... Uciekałam od tych ludzi. Mówiłam: nie chcę być w Kościele, w tym Kościele, w którym przecież ja doznałam tyle krzywdy. Nie chcę, nie chcę, NIE CHCĘ. 

I może brzmi to jak jakiś żart. Agata? Ta, która tak wiele mówiła o Bogu...? Ta, która na kilka miesięcy zamknęła się w klasztorze? Ona miałaby przestać wierzyć?

Tak. Miałam wrażenie, że te wszystkie moje doświadczenia "diabli wzięli". To kompletnie nie ma żadnego sensu. 

I przyszedł kolejny SMS. I Przyjaciel zadzwonił, aby po prostu zapytać, jak się czuję. 

A ja... prosiłam o modlitwę, chociaż cholernie chciałam przestać wierzyć. Chciałam uwierzyć w to, że Bóg faktycznie ode mnie odejdzie. A może w tym wszystkim jeszcze mocniej doświadczyć, jak On jest blisko? Nie wiem. Cholerne paradoksy. Kochać i nie umieć kochać jednocześnie. Pragnąć i odrzucać tę miłość. Wierzyć i wątpić do tego stopnia, że można dostać rozstroju żołądka albo trafić do szpitala zakuta w kaftan bezpieczeństwa.

A ludzie ciągle przy mnie byli, chociaż ja... nie zawsze umiałam tę miłość przyjąć. Czułam się "zbyt niegodna". Czułam, jak małe dziecko we mnie mówiło "przytul", ale dorosły odzywał się i mówił "zamknij mordę, nikt cię nie kocha!". 

I leżałam w tym łóżku cały zeszły weekend. A potem Mszę przeżyłam, byle tylko wyjść z tego kościoła... 

I przyszedł tragiczny poniedziałek. Opieprz na angielskim. 
I wtorek, środa, czwartek... Egzaminy i zaliczenia... Uczyć mi się nie chciało, spotykać z ludźmi mi się nie chciało, właściwie NIC MI SIĘ NIE CHCIAŁO. 

Chciałam tylko, aby ktoś mnie przytulił... Paradoksalnie.

W czwartek odważyłam się porozmawiać z "moim" ojcem. Potem poszłam na Mszę duszpasterstwa. I rozmowa. Doświadczyłam sporo miłości - która nie była tylko czystym sentymentem i łzawymi tkliwymi słówkami. Właściwie to nie było słów.

Przytulenie, pomoc materialna, dobroć, uśmiech, radość... 

Przyjaciele.

I pewnie jeszcze takie momenty do mnie wrócą. Więcej, dzisiaj znów wróciło! Nie miałam ochoty na nic, ale... to już nie to samo. Bo dzisiaj mam PEWNOŚĆ, że nie jestem sama. 

Moje dziecko dalej woła "przytul", "bądź blisko". 

Tak, wiem. Mam prawie 22 lata i już 'powinnam' wydorośleć.

Może mi się kiedyś uda... 
w następnym wcieleniu!

Żartuję. Nie wierzę w reinkarnację. 

Mój hiszpański przyjaciel podarował mi ostatnio kwiatka. Widział, że spotkałam się z człowiekiem, z którym spotkać się nie powinnam. Byłam smutna. Potem korespondowałam z nim jakiś czas na facebooku. Oczywiście moim łamanym angielskim.
- Wiesz, Andres. Ja chyba nie wierzę już w miłość... Nie chcę wierzyć.
- Agata... Pamiętasz, jak dałem ci tego kwiatka? Tak bardzo chciałem, abyś się uśmiechnęła. Abyś nie przestała wierzyć, że możesz być kochana. Jesteś piękna! Nie chciałbym, abyś przestała wierzyć w miłość, aby zabrakło ci nadziei.

Tak. Mam na imię Agata. I chcę wierzyć, że Bóg mnie kocha. 

Jeśli jest inaczej, to dlaczego tak wiele ludzi mi tę Jego miłość pokazuje? Po co? Dlaczego?

Pozostanę chyba naiwnym dzieciakiem. Naiwnym, ale w gruncie rzeczy szczęśliwym dzieciakiem. 

Niech mnie ktoś, proszę, przytuli!

środa, 20 maja 2015

aby moją radość mieli w sobie w całej pełni

Ostatnio ludzie dość często prosili mnie o jakąś radę. Nie były to problemy "typowego studenta" - bo dziewczyny wiedzą, że nie robię notatek (nie potrzebuję ich, jestem słuchowcem, wystarczy mi chodzić na wykłady). Nie pojawiło się też pytanie w stylu "jaką kupić sukienkę", "czy wyglądam w tym grubo, czy jest OK?". "jak zarobić, ale się nie narobić?", "jak schudnąć w dwa tygodnie?" - choć może znałabym odpowiedź, kto wie? 

Ludzie jednak podchodzili, dzielili się sobą, prosili o radę... Czasem pojawiały się SMS-y, innym razem wiadomości na Facebooku, prośba o spotkanie. Dzień jak co dzień, ale jednak trochę inny... Każdego dnia coś się zmieniało  - choć podobne obowiązki, rytuały i przyzwyczajenia. 

Przychodziły też trudne i bolesne decyzje - choć z perspektywy czasu widzę, że owocne i oczyszczające. Nauka miłości, która daje wolność i nie zniewala. Nauka siebie, dostrzegania swoich osobistych barier i kompleksów, ale i siły, którą daje MIŁOŚĆ. Bo i ja zostałam dla Niej stworzona! 

Tworzyłam w ostatnim czasie pewną relację z pewnym Człowiekiem, którą oboje zdecydowaliśmy się przerwać. Nie było w tym ani mojej winy, ani winy Drugiego. Czuliśmy jednak, że potrzebujemy wolności. I oboje, mocno poranieni, wiedzieliśmy, że tylko w ten sposób możemy się jeszcze bardziej nie zniszczyć. Moje potrzeby i Jego potrzeby... tak bardzo podobne, ale w przeróżny sposób realizowane. I chociaż, jak mówiliśmy, 80% cech mamy identycznych, jednak pozostało to 20%, które krzyczało: "pozwól Mu, pozwól Jej odejść". 

Dzisiaj wiem, że stał się prawdziwy akt miłości. Bo zależało nam bardziej na Drugim niż na sobie. Bo aby miłość kochała, musi dać szansę samotności, musi pozwolić dojrzewać Drugiemu w odpowiednim dla Niego tempie, musi być blisko, choć nie na tyle, aby udusić, aby stłamsić swoją obecnością... 


Ojcze Święty, zachowaj ich w Twoim imieniu, które Mi dałeś, aby tak jak My stanowili jedno. (J 17, 11)

Kiedy w 2009 r. po raz pierwszy doświadczyłam Jezusa Chrystusa, dostrzegłam też swoją słabość, której przez lata nie widziałam. Słabość, którą nazwałam: nie umiem kochać. 

Nie umiem kochać, gdyż patrzę krzywo na bezdomnego.
Nie umiem kochać, gdyż oskarżam bezpodstawnie Drugiego.
Nie umiem kochać, gdyż w moim sercu istnieje przyzwolenie na uczucie nienawiści, którym się karmię.
Nie umiem kochać... 

I jeśli mogłabym dzisiaj, z perspektywy tych sześciu lat, podsumować ten czas, powiedziałabym: nic się nie zmieniło... Dalej jestem tą samą Agatką - chociaż już z dowodem osobistym i godzinami spędzonymi w pociągach i komunikacjach miejskich, i trochę większym doświadczeniem życiowym.

Jednak, na szczęście, Pan Bóg doskonale zdaje sobie z tego sprawę! Zdaje sobie sprawę z tego, że JA NIE UMIEM KOCHAĆ!

I to nawet trochę nie zmienia Jego stosunku do mnie. 

... aby tak jak My stanowili jedno... 

Uśmiecham się.

Jak stanowić jedność w Kościele, skoro jest on tak mocno różny? Skoro ludzie mają odmienne priorytety, różne problemy, historie życia...? Skoro wiara tak mocno przeplata się z wątpliwościami, a wiedza rozumowa z emocjami? Gdy charaktery tak odmienne, że ma się wrażenie, że szlag zaraz trafi - i tylko pozostaje modlitwa o spokój ducha... i nawet ona zdaje się nie pomagać.

W swoim życiu przechodziłam różne fazy. Pierwsza - do około ósmego roku życia - faza kompletnej ignorancji tego, co kościelne (jeśli można mówić o ignorancji małego dziecka). Nie lubiłam nudnych kazań, a Msza niedzielna wydawała mi się katorgą. Do kościoła zaczęłam chodzić na 2-3 miesiące przed I Komunią świętą, bo katechetka powiedziała, że nie dopuści nas do przyjęcia tego Sakramentu. 
Po I Komunii pojechaliśmy na wycieczkę szkolną. Na niej czytałam podczas Mszy. Potem księdzu się spodobało i zaczął mnie częściej angażować. Tak więc zaczęłam czytać Pismo święte i... rozpoczęła się moja fascynacja tą Księgą, która trwa do dziś! No i powróciłam do Kościoła.
Gimnazjum, jak to gimnazjum... okres buntu. U mnie przeszedł w miarę łagodnie (tak mi się wydaje), chociaż katechecie niejednokrotnie dostało się po głowie. Ilość pytań zadawana w tempie karabina maszynowego. Dzięki temu jednak nigdy nie odeszłam na tyle, by nie mieć odwagi wrócić, chociaż zdarzało mi się opuszczać również i niedzielne Msze święte...

Do szesnastego roku życia, mimo tego, że dojrzewałam blisko Kościoła, nie wiedziałam NIC o Bogu. Myślałam, że jest to stary dziad z siwą brodą - tak Go przecież przedstawiali na obrazkach w podręczniku od religii. Duch Święty? Nie wiedziałam kompletnie, z czym to wszystko się je... Chrystus umarł na krzyżu? No umarł! Ale po co...?

A przede wszystkim nie wierzyłam, że Ten sam Jezus Chrystus, który urodził się w Betlejem, musiał uciekać z rodzicami do Egiptu, zobaczył biedną wdowę, umył nogi Apostołom, szedł z krzyżem, umarł i zmartwychwstał (dla mnie!), że Ten sam Chrystus miałby mieć jakikolwiek wpływ na moje życie. 

Przyznam szczerze, że ostatnie relacje nie rozciągały się między wyborem tego, z kim lepiej spędzić czas, z kim będzie dla mnie łatwiej, czy w jakiś sposób przyjemniej (choć o tym jeszcze nie wiedziałam). Wierzę zresztą, że to nie ja zadbałam o to, by się one pojawiły. 

Ludzie, których Pan Bóg postawił mi ostatnio na mojej drodze, pokazały mi o mnie tyle, że łapię się za głowę. 

Nigdy nie myślałam, że będę w stanie zrezygnować z własnych ambicji dla dobra Drugiego - i to nie jest moja zasługa.
Odkryłam piękno bliskości z Drugim poprzez przytulenie i trzymanie za rękę - bo chociaż wiele o tym kiedyś pisałam, a mój charakter i szybkie przełamywanie barier sprzyja bliskiemu kontaktowi, bałam się relacji. Dzisiaj już się nie boję, a na pewno nie jest to strach paraliżujący, bardziej chyba motywujący do tego, aby być bliżej mimo wszystko. 

A przede wszystkim odnajdywanie Boga w oczach Drugiego stało się moją pasją!
Chociaż często ostatnio łatwiej mi Go tam znaleźć niż w chwili, w której mam spojrzeć w lustro...

- Jesteś za dobra - powiedział mi M., kiedy wtuleni w siebie rozmawialiśmy o swojej relacji.
- Ja? Za dobra? 
- No... Pewnie nie raz dostaniesz jeszcze za to po dupie.

Cóż... Chciałabym powiedzieć... 

Mamo, dziękuję Ci, że dałaś mi takie imię (Agata - po grecku znaczy tyle, co dobra, o szlachetnym sercu). Chciałabym, by naprawdę do mnie pasowało.

aby moją radość mieli w sobie w całej pełni

Jestem szczęśliwa? Czy przy Nim jestem szczęśliwa?