wtorek, 25 sierpnia 2015

mój świat

Miałam dzisiaj ponad 4 godziny, które spędziłam, będąc sama w Trójmieście. Pomyślałam, że zrobię małe zakupy. Ostatnio mocno cenię sobie wizyty w ciucholandzie, toteż pierwsze moje kroki skierowałam w tę stronę. Kupiłam sobie kilka rzeczy - między innymi niebiesko-żółtą sukienkę (pani w sklepie śmiała się, że mogę iść teraz na mecz Arki Gdynia z Lechią Gdańsk), która dzisiaj przysporzyła mi nie lada radości! I wcale nie dlatego, że kosztowała jedynie 3 zł...

Rano ubrałam spodnie, myśląc, że będzie zimno. Jak mocno się myliłam! Przebrałam się więc w zakupioną przez siebie chwilę wcześniej sukienkę, w ten sposób chroniąc swoje ciało od większej ilości potu. Kiedy tak przechadzałam się, właściwie bez większego celu, ulicą Świętojańską w Gdyni, podszedł - a właściwie podjechał - do mnie młody, dwudziestokilkuletni chłopak. 

Od razu zwróciłam na niego uwagę. Było w nim coś osobliwego. Mocno przykuwającego wzrok. Nie tylko sposób poruszania się (jeździł na elektrycznym wózku inwalidzkim), ale coś "więcej". Jakaś radość w oczach, pewien błysk, którego nawet nie umiem opisać. 
Ładna sukienka - z niemałym trudem wypowiedział te słowa, patrząc na to, jak się ubrałam. Powiedziałam krótkie: dziękuję. Po czym powiedział mi jeszcze raz: naprawdę, bardzo ładna. Już nic nie odpowiedziałam. Mi też się podoba, przyznam szczerze. Zresztą mojej Mamie podobnie. 

Pomyślałam jednak, jak wielką odwagę musiał mieć ten chłopak. Zaczepiać tak obcą osobę na ulicy? A może czuł, że właściwie nie ma nic do stracenia - bo w sumie, co ja mu mogłam zrobić? Nie wiem... Mimo całej mojej otwartej ekstrawertyczności chyba bym się nie odważyła...

Monika dodała na swoim profilu na facebooku wiersz Jarosława Borszewicza. 

szukam świata
w którym jedna jaskółka
czyni wiosnę
gdzie szewc
chodzi w butach
gdzie jak cię widzą
to dzień dobry
szukam świata
w którym
człowiek człowiekowi
człowiekiem


Odpowiedziałam Jej, że znam taki świat. Świat w którym człowiek jest dla człowieka człowiekiem. Gdy jak cię widzą, to dzień dobry. Znam taki świat, naprawdę! 

Poprosiła mnie: "pokaż mi go!". Odpowiedziałam, że napiszę notkę na blogu (co też niniejszym robię). 

Ten świat to moje - MOJE własne - spojrzenie na rzeczywistość. Jedna jaskółka wiosny nie czyni - ale jedna jaskółka może prorokować o wiośnie, wskazywać na nią, może ją przypominać, może zmieniać swoją małą ptasią rzeczywistość.

Lubię jaskółki. Mam okazję przyjrzeć się tym ptakom, gdyż zbudowały sobie gniazdo w "chlewiku" - służącym mojej rodzinie przede wszystkim jako miejsce trzymania opału i rowerów. Widziałam, jak matka  (choć nie jestem pewna, czy to nie był ojciec - oni oboje, niczym w małżeństwie, zajmują się dziećmi) zajmowała się ptaszkami, gdy te - w jakiś dziwny sposób - wypadły z gniazda. Widziałam jak przynosiły w dziobach słomę i błoto, by lepić, ciągle na nowo, utworzone przez siebie gniazdo. Te jaskółki w żaden sposób nie są kłopotliwe. Żyją już u nas kilka lat, więcej z nimi radości niż jakiegoś zagrożenia (choć pewnie Sanepid powiedziałby, że bakterie, wirusy i inne takie...) - mając bardzo spokojne życie i nikomu nie wadząc.

I tak, niemal wychowana z jaskółkami, mogę śmiało powiedzieć, że znam ten świat. Świat, w którym człowiek jest dobry dla siebie nawzajem - nawet jeśli robi jakąś głupotę (do której ma prawo!). Świat nieidealny, świat bez pudru i masek. To moi znajomi, których sama sobie dobieram (albo spotykam ich 'przypadkowo' na mojej drodze). Ludzie, których mogę prosić o modlitwę, pisząc SMS-a o północy i wiem, że prośba zostanie wysłuchana (nawet jeśli oni już skończyli swój dzień i spokojnie zasnęli). Osoby, przy których nie muszę nic udawać i mogąc być zarówno poważną, ale i trochę bardziej dziecięcą. Przyjaciele, którzy przywracają mi wiarę nie tylko w Boga, ale chyba przede wszystkim człowieka.

Mój świat. 

Nie wiem dlaczego, ale ludzie na ulicy dość chętnie mnie zaczepiają. Może moja buźka wydaje im się sympatyczna, albo ja sama - mimo podeszłego (hehehe) 22 roku życia wydaję im się bardziej... dziecinna (albo - mam nadzieję - dziecięca!)? Może widzą we mnie tę otwartość, którą z reguły posiadam (chyba, że mam gorsze dni - wtedy podchodzić z kijem) :) Nie mam pojęcia. 

Ten świat, kochana Moniko, to Twoje spojrzenie na rzeczywistość. To Życie, w którym Ty (i ja!) możemy żyć z uśmiechem - mimo wszystko. Możemy być człowiekiem - mimo wszystko. I budować nasze życie, niczym jaskółki gniazdo - mimo wszystko.

Szukać człowieka w - według naszej opinii - najgorszych ludziach. Przebaczać - choć czasem ciężko i najchętniej dałoby się komuś w nos. Kochać - do upadłego.

Bądź co bądź - nie mamy nic do stracenia... Bo w sumie nic nie mamy na własność.

bez tytułu
Mówisz jestem
jakby Cię nie było

krzyczysz: Pragnę
lecz odmawiasz gąbki nasączonej octem

wołasz: kocham
ale znikasz
nic nie odpowiadasz
milczysz

więc jakby Cię nawet nie było

umierasz 
i ja umieram

zmartwychwstajesz
i ja...

z nadzieją niczym kromka chleba
daję się karmić tym
którym brak radości

z miłością 
ślepej jaskółki która nie trafia do gniazda
ale ma dobre serce

która nie zapomina o swoich dzieciach
choć widziała je tylko raz w życiu
i niedługo będzie musiała je zostawić 

z wiarą

jakże mi brak wiary
w sens pomimo bezsensu
w dobroć przy zaciśniętej pięści
w radość kiedy kościoły zioną samotnością
i promieniują smutkiem

człowiek człowiekowi człowiekiem

a światłość w ciemności świeci
i nawet jaskółka
która straciła wzrok
pamieta

zmartwychwstałeś
nic więcej nie potrzeba

daj Panie
abym przejrzał
pozwól nakarmić 
przyprowadź do Siebie
25.08.2015


sobota, 22 sierpnia 2015

wolność..

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie chciałam prowadzić tego bloga. W dość trudnym dla siebie momencie powiedziałam do samej siebie: to już dość. I nie dlatego, że mi się nie chciało. Nie dlatego, że moje serce powiedziało to nie dla ciebie (bo w sumie nigdzie nie odnajduję się chyba bardziej niż w pisaniu). Ale przede wszystkim dlatego, że zaczęłam wierzyć, że to bez sensu, że nie jestem w stanie napisać czegoś "mądrego". Że w sumie niepotrzebnie jest się uzewnętrzniać - bo i tak niewielu to czyta.

A potem przyszedł pierwszy mail. I kolejny. I jeszcze jeden. I zapewnienie o modlitwie. Prośba o wsparcie.

A potem doszłam do wniosku, że nawet jeśli tego nie ma na co dzień, to jest to zupełnie nieistotne... Bo ja chcę to robić, mimo wszystko. Nawet jeśli nie ma żadnego odbioru.

Wyzwalające jest to uczucie, kiedy wiem, że niczego nie muszę. Kiedy mogę wstać rano, wynurzyć nogę spod grubej - jak na wakacje - kołdry, usiąść na łóżku, zrobić sobie kawę, włączyć Facebooka i pogadać z mieszkającym kilkadziesiąt kilometrów ode mnie najlepszym przyjacielem. Albo mogę tego nie robić.

Ostatnio dopadł mnie wielki kryzys. Człowiek romantyczny mógłby nazwać to weltschmetrzem, sama nazwę to po prostu kryzysem. On w sumie nie minął - moje uczucia dalej pozostają ciężkie do zaakceptowania - ale już lepiej sobie z tym radzę. Dlatego, że wiem, że on jest. I że go akceptuję. Daję mu prawo bycia. Niech sobie żyje. Ale ja też istnieję. Mimo wszystko. I mimo wszystko robię to, co chcę. I mogę robić, co chcę. Jestem wolna.

W swoim życiu dokonywałam wielu wyborów. Niektóre w emocjach, inne bardziej przemyślałam. Jakiekolwiek by one nie były - rzutują na moje dotychczasowe życie. Więcej - żadnego z nich nie chcę żałować. Nawet jeśli wybór był trefny, jednak ciągle ode mnie zależy, co będzie teraz, a w konsekwencji i potem.

Może wydaje się to banalne, dla mnie jest to jednak bardzo duże odkrycie. Odkrycie, które niesamowicie mnie wyzwala.

Ci, którzy mnie znają, mówią, że jestem jak wieczne dziecko. Przyznam, że mocno mnie to ostatnio martwiło. Bo sobie pomyślałam, że coś ze mną nie tak. Mam 22 lata (no, w grudniu...), 'wypadałoby' już zmądrzeć, wydorośleć. Zaczęłam zastanawiać się nad swoimi relacjami. Nad tym, jaka jestem dla innych i - oczywiście - dla siebie samej.

Ważne jest dla mnie przytulanie czy inne okazywanie uczuć - doskonale o tym wiem. I wiem, że niektórzy mogą odczytywać to bardzo różnie. I że jest to niekiedy niebezpieczne. Ale mam też świadomość, że dzięki temu ludzie - z reguły - bardziej mi ufają. Znikają niepotrzebne blokady. Nawet w pociągu dość szybko przechodzą nawet do ciężkich tematów.

Niebezpieczne? A może, jeśli dobrze to ulokuję, przestanie to być krzyżem, a stanie się tym, na czym najbardziej mogę budować?

I kiedy tak siedziałam, płacząc, doszłam do (myślę, że najlepszego dla mnie na ten moment) wniosku: ogarnij się, dziewczyno:) 

Jeśli coś chcesz - tak jak pisanie tego bloga - to to rób.
Jeśli nie masz na coś ochoty - to tego nie rób.

I nie mów sobie, że nie masz innego wyjścia. No bo masz.

6 lat temu wybrałam Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela. Nie było to łatwe, ale ta miłość tak mnie pociągnęła, że nie wiążę to z jakimkolwiek poświęceniem z mojej strony. Po prostu chcę od siebie więcej wymagać (ale co to jest w porównaniu z kompletnym oddaniem życia...?).
Przez te wszystkie lata żyłam i żyję w tym Kościele. Kościele, który ostatnio stał się dla mnie niczym kula u nogi.

Przyznam, że przyszła mi nawet myśl o apostazji. Przepłakałam kilka nocy. Bo z jednej strony kocham Kościół, a z drugiej strony ciężko mi znieść to, że jest on taki słaby... ba, że ja jestem taka słaba.

Napisałam o tym Przyjacielowi. Nie ocenił. Nie skreślił. Nie powiedział: "jesteś głupia". Pozostawił wolność i zadał pytanie dlaczego? A jednocześnie zapewnił o modlitwie. O modlitwie, którą chciałam wymazać ze swojego życia.

Bo nawet Bóg, którego doświadczyłam, Bóg, którego przyjęłam, stał się moją kulą u nogi. Bo dalej mnie kochał, dalej chciał ze mną być, dalej - poprzez bliskich - dawał mi wolność, z jednoczesnym zapewnieniem jestem z tobą.

Nie mam pojęcia, czy ta notka jest składna. Szczerze przyznam - nie będę tego sprawdzać. Nie będę poprawiać gramatyki i na siłę być lepszą niż jestem.
Napisałam ten wpis "na szybko", w niecałe 5 minut.

Idę żyć. Idę powiedzieć mojej Mamie, że jest dla mnie ważna.

sobota, 1 sierpnia 2015

Brańszczyk cz. 3. - cierpienie

Ostatnio ciężko mi się modli. Nie umiem skupić się podczas różańca, myśli gdzieś biegną dookoła... Już jakiś czas temu osłabł mój zapał do odmawiania Koronki do Bożego Miłosierdzia, a modlitwa wspólnotowa przekracza moje siły. Co prawda, modlę się podczas Mszy świętej - choć w wakacje jedynie w niedzielę (poza wypadami, które w sumie stanowiły dla mnie cały ostatni miesiąc)... Mimo wszystko - jestem szczęśliwa. Tak myślę... Bo On przychodzi - choć może nie w sposób, w który Go sobie często wyobrażam. I chociaż nie zawsze "czuję" tę Jego obecność.

Przesunięcie Piotrka na drugi bok zajmowało kilkanaście minut. Zanik mięśni, na który cierpi, odbiera mu nie tylko swobodę poruszania się, ale jest źródłem niesamowitych cierpień. Ciężko mi je sobie nawet wyobrazić. Z dnia na dzień żyjesz ze świadomością, że jutro może cię nie być... I tak przez czterdzieści kilka lat. Dla mnie jednak Piotrek - mimo całego trudnego charakteru - jest wzorem pięknej i prostej modlitwy!

Pamiętam, gdy na prośbę jego wolontariusza, przyszłam po niego do kaplicy. Mateusz w tym czasie pomagał w pielęgnacji innej osoby. Piotrek poprosił mnie "Jeszcze 5 minut, dobra?". Zgodziłam się. I tak zrobiłam osiem czy dziewięć rundek do kaplicy z pytaniem "Zawieźć cię do kawiarenki albo pokoju?". Z jednej strony mnie to śmieszyło (przy piątym razie błagałam, by sie w końcu zdecydował!), z drugiej drażniło (bo ile można?), a z trzeciej... Widziałam jak się modli. To mi wystarczyło, aby nie być na niego zdenerwowaną. Widziałam, w jaki sposób patrzy na krzyż. 

Albo pani Krysia. Od urodzenia leży w łóżku (ewentualnie siedzi w wózku z lekko uniesioną głową i chusteczką w ręce do otarcia cieknącej śliny). Ktoś mógłby powiedzieć: przegrane życie. Pani Krysia się jednak nie skarży, z jej ust nie padło nigdy słowo żalu czy niechęci do życia. Zamiast tego odmawiałyśmy Koronkę do Bożego Miłosierdzia. Mariolka zaczęła, ja kończyłam - i tak na zmianę. Pani Krysia nie miała sił nic powiedzieć. Jedynie zmieniające się koraliki wskazywały na to, że ciałem ciągle jest z nami obecna. 
(fot. z internetu)

Św. Tomasz nie wypowiedziałby zapewne Pan mój i BÓG mój bez tajemnicy cierpienia i krzyża. Gdyby nie dotknął Chrystusowych ran, gdyby nie usłyszał włóż palec w mój bok, czy uwierzyłby, że stoi przed nim Chrystus, jego Pan i Zbawiciel? Nie było go przecież ani przy pustym grobie ani w Wieczerniku, a kiedy widział wystraszone miny tych, którzy Go widzieli i doświadczyli spotkania z Nim...? Czy tak łatwo uwierzyć, że On naprawdę żyje? Strach przed Żydami - bo pewnie zaczną się jeszcze większe mordobicia, a krew będzie lać się strumieniami... Doświadczenie Życia, a jednak bliskość śmierci. Chyba nic dziwnego, że się bali?

I oto Mistrz przeciska się przez ścianę. Pierwsze słowa: Pokój wam. 

Przypomina mi to współczesną scenę z wizyty kolędowej. Wchodzą ministranci, za nimi kapłan ze słowami Pokój temu domowi...! Gdyby tylko wszyscy księża, gdyby tylko wszyscy ludzie Kościoła (w tym i ja sama!) umieli pokazać wszystkie swoje rany... Gdyby słowo pokój nie było tylko z przyzwyczajenia... Gdyby ludzie nie bali się Go dotknąć i otworzyć przed Nim swoich ran!

Nie wiem, w którym momencie najbardziej doświadczyłam Chrystusa. Czy w chwili euforii po skończonej pielgrzymce do Częstochowy, czy w momencie największego cierpienia - czy to mojego, czy innych. W czasie cierpienia raczej  nie myślę o Chrystusie, ile zaklinam rzeczywistość i mówię sobie "będzie dobrze, dasz radę", albo w drugą stronę "nic nie jest takie, jakie sobie wyobrażałam"...




Agatka, Bóg cię kocha! - powiedziała mi, zmarła przed rokiem, s. Ela. A skąd siostra wie? - zapytałam podstępnie i dodałam: skąd u siostry ta radość? Bo cierpię. - odpowiedziała mi z uśmiechem. 
Dziś, wierzę, też już dotykasz Jego ran - chyba nie tylko ręką, w końcu tak bardzo lubiłaś się przytulać...

środa, 29 lipca 2015

Brańszczyk cz. 2 - Monika

- Jak masz na imię? - po raz kolejny zapytała mnie Monika.
- Agata.
- Ładne imię...
- Dzięki.
- A masz rodzeństwo? A jak mają na imię? Ile mają lat? A byłaś w Białymstoku...?

Pytania powtarzają się niczym mantra. Imię, rodzeństwo, ich wiek, Białystok. To męczące. Chce się od niej uciec, a nie jest to wbrew pozorom takie trudne, wystarczy usunąć się cicho na palcach - Monika przestała widzieć w szóstym roku swojego życia.

Monika, dlaczego pytasz mnie, czy byłam w Białymstoku? - to pytanie wzbudziło moje szczególne zainteresowanie. Aaa, bo zmarła tam moja siostra, zaraz po urodzeniu. Chorowała na to samo, co ja. To choroba genetyczna, nieuleczalna... Została pochowana pod Białymstokiem...

Niewidoma trzydziestokilkulatka, która dzień w dzień modliła się o to, aby mogła zacząć widzieć - choć to, po ludzku, niewykonalne. W modlitwie spontanicznej wspominała też swoją siostrę, wujka Kazia i innych z rodziny. Niezwykle wrażliwa, na swój sposób inna, dla mnie stała się mocno wyjątkowa...

Wiara pomimo bezsensu - przecież to po ludzku niemożliwe, by odzyskała ten wzrok! A może wcale nie jest jej potrzebny? Doskonale sobie radzi bez niego (wiedziała lepiej ode mnie, że to w męskiej toalecie jest mydło, podczas gdy w damskiej go zabrakło!). Wierzy, pomimo wszystko...

Wstyd przyznać, uważałam ją za wariatkę. Zaczepiała ludzi. Gdy miałam dyżur nocny, spotkałam ją na korytarzu. Błagała, by zrobić jej herbatę (o dziwo, wiedziała, że siedzimy tam z Mateuszem, "patrzyła" w naszym kierunku - choć nie odzywaliśmy się kompletnie!). Może nie byłoby to śmieszne, gdyby nie fakt, że wyszła zza winkla o 4 rano!

Na jadalni również dała się poznać jako ta "wiecznie błagająca". Ciągle "czegoś" chciała - a to herbaty, a to chleba, a to... "Wydziwiała". Sama nie wiedziała, czego tak naprawdę chce. 

A chciała tylko i aż (!) miłości i poczucia bezpieczeństwa. Jak każdy człowiek...

Kasia, kocham cię, słyszysz? Powiedziała do mnie, gdy wlewałam "na później" herbatę do butelki po wodzie Żywiec. Nie jestem Kasia - odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Agatka, to ty? Ciebie też kocham. 

Denerwowało mnie jej zachowanie, to prawda. Kiedy mogłam, omijałam bardzo szerokim łukiem - wstyd przyznać. Tłumaczyłam się potem sama przed sobą, że Dominika wymagała równie wielkiej uwagi. 

A Monika ciągle "błagała", aby zrobić jej herbatę... Aby z nią być. Aby ktoś wysłuchał jej historii o Białymstoku.

Aby nie czuć się samotną i opuszczoną. W domu pomocy społecznej raczej zamykają usta niż wysłuchują...

W sercu ciągle wybrzmiewa mi jej modlitwa. Czasem i po trzy razy podczas Mszy padło: o przywrócenie wzroku. Przypominało mi to scenę, w której człowiek - Bartymeusz - leżał przy drodze i strasznie krzyczał.  Też nie widział, też żebrał o miłość. Też chciał być zauważony. I też był zapewne nieraz uciszany.

On się doczekał, a Ona? 

Bóg milczy? A może już wypowiedział to kocham cię w jej sercu? 

Wiara pomimo bezsensu... Nikt nigdy Boga nie oglądał... - mówi św. Jan. 

Może niepotrzebne są oczy, aby widzieć i kochać bardziej? Aby modlić się wierniej? Aby być i trwać pomimo wszystko?

---------------------------------------------------------
Jung napisał kiedyś, że "rozumienie jest trudne, dlatego większość ludzi ocenia". A kiedy się ocenia... czy ma się czas kochać Człowieka?
---------------------------------------------------------
Mateusz, Mateusz! - krzyk Huberta  roznosił się w całym domu. Nie wiem, ile lat skończył - ciężko stwierdzić. Zwrócił moją uwagę podczas modlitwy. Dziękuję za wolontariuszy, którzy obrócili mnie w nocy na drugi bok... Proszę, bym mógł przyjechać jeszcze do Brańszczyka. Dziękuję za tych, którzy podali mi dzisiaj wodę przez słomkę... Dziękuję... 

Bez cienia żalu - a przecież miał prawo. Bez skrępowania - choć przecież wszyscy widzieliśmy, że nie jest to takie łatwe. 

Samo mówienie także przychodziło mu z trudem. Tym większe było wzruszenie - tak na mojej twarzy, jak i twarzy tych, którzy modlili się razem z nami. Dziękowanie za to, co dla mnie - osoby zdrowej - jest oczywiste. Obrócenie na drugi bok, skorzystanie z toalety... Podanie kubka z zimną wodą podczas upału.

I wiara, że ktoś zrobi to po raz kolejny. Przyjdzie, pomoże, obróci na bok.

Dobrze, że tu jesteśmy - powiedziałam, już półświadomie, do Mateusza podczas naszego nocnego dyżuru. Tak dobrze... 

Zobaczyłam w nim Chrystusa - wcale nie jest to górnolotne stwierdzenie. Chrystusa, który z krzyża mówi Pragnę. Pragnę cię kochać, człowieku. Pragnę, byś był obok. Pragnę, abyś żył we Mnie. Pragnę, by przez twoje ręce ktoś inny odszedł szczęśliwszy.

Hubert dostał ode mnie buziaka. Zaśnij spokojnie! - powiedziałam. Uśmiechnął się. Wyszliśmy. 5 minut później już dało się usłyszeć bardzo głośne chrapanie. Noc spokojniejsza? 

Przyszli i obrócili na drugi bok.

Wystarczyło. Do kolejnej rundki, kolejnego krzyku, kolejnego obrócenia...
---------------------------------------------------------
Wielu Żydów przybyło przedtem do Marty i Marii, aby je pocieszyć po bracie. Kiedy zaś Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu. Marta rzekła do Jezusa: Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga. Rzekł do niej Jezus: Brat twój zmartwychwstanie. Rzekła Marta do Niego: Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym. Rzekł do niej Jezus: Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to? Odpowiedziała Mu: Tak, Panie! Ja wciąż wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat. (J 11, 19-27)
---------------------------------------------------------
Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga.

Bóg da wszystko. 

Bóg dał wszystko. 

To Pragnę z krzyża. Wystarczy? 

--------------------------------------------------------
Panie, przywróć mi wzrok, jak przywróciłeś go Bartymeuszowi. Spraw, abym widziała jak Monika to wszystko, czego jeszcze nie umiem dostrzec. Daj mi takie serce, które nie będzie patrzyło na innych krzywym okiem. Uzdolnij mnie do miłości, która nie jest tylko pustym słowem. 

Pozwól mi kochać Twoją miłością. I tą miłością zmieniać siebie - nie innych, nie tych "złych", tych "niewierzących", tych "wariatów", ale mnie samą.

Daj mi tę obiecaną cząstkę. Nie chcę być jej pozbawiona.
Siebie daj. 

Wystarczy?


piątek, 24 lipca 2015

miłość ma sens

Zaliczam się do ludzi, którzy nigdy nie zwątpili w to, że Bóg istnieje. Nie wiem dlaczego, od zawsze w to wierzyłam - nawet wtedy, kiedy daleko było mi, aby znaleźć się w kościele (jako małe dziecko nie bardzo lubiłam tam chodzić). Ufałam, że istnieje "coś" (Ktoś?) więcej. Tęskniłam. Pragnęłam. I, może to głupio zabrzmi, ale pociągało mnie to, co duchowe.

Lata minęły, a to jeszcze bardziej zaczęło rosnąć...

I wtedy zrozumiałam, że nie o to idzie w wierze w Boga. Zrozumiałam, że moja wiara - choć mocno podsycona pragnieniem poznania Go - niekoniecznie jest żywa. Pojęłam, że w wierze w Boga nie chodzi wcale o chodzenie do kościoła, o udział w nabożeństwach różańcowych czy nawet - wyższa jazda? - w duszpasterstwach akademickich. Nawet nie chodzi o wiarę w to, czy Bóg istnieje.

Coraz częściej w sercu pojawia się więc pytanie nie o to, czy Bóg jest (bo ja tego przecież nigdy nie kwestionowałam!), ale czy Miłość - a więc i sam Bóg - ma w ogóle sens?

Czy ktoś ci kiedyś powiedział, że cię kocha?

Te słowa, jak echo, odbijają się w moim sercu. Usłyszałam je w chwili wielkiego strapienia podczas rekolekcji z osobami z niepełnosprawnością. Chciałam dać w mordę temu człowiekowi, który je wypowiedział. W tym właśnie momencie powróciły te wszystkie chwile, w których czułam się jak kula u nogi. Chwile, w których usłyszałam jesteś nikim, nic z ciebie nie będzie czy żałuję, że... Ciężko było znaleźć jakikolwiek moment, w którym naprawdę czułabym się kochana! A to pytanie odsłoniło całą prawdę o moim poranionym, spragnionym miłości sercu dziecka.

Potem podszedł do mnie Tomek, który choruje na Zespół Downa. Uwielbia się przytulać, a jego uśmiech jest zaraźliwy. Nazywaliśmy go Tomkiem Teologiem - jego teksty na tematy (około)religijne były naprawdę przecudowne! Tomuś podszedł do mnie, spojrzał spod swoich okularów i powiedział: "cieszę się, że cię poznałem". 
A potem Iza, podczas kolacji, krzyknęła: "kocham cię Agata".
A potem pan Józef, człowiek-zagadka, po raz kolejny powiedział mi, że jestem aniołkiem, bo zawsze zalewam mu jego herbatę, pytam czy coś podać, a przede wszystkim się uśmiecham... A on lubi uśmiechnięte dziewczyny. 

Czy ktoś ci kiedyś powiedział, że cię kocha?

Znam uczucie zdrady, kiedy pozostawiają cię najlepsi przyjaciele. Wiem, jak smakuje czekanie aż tata wróci z pracy - chociaż nie zawsze się to docenia, a niekiedy ucieka od tego widoku (choć jego nieobecność boli bardziej niż obecność, czasami ma się kogoś zwyczajnie dość). Poznałam poczucie porażki, niepewności o jutro, usłyszałam kiedyś nic z ciebie nie będzie... 

I bardzo rzadko ktoś mi mówi, że mnie kocha. A kiedy te słowa już padają, strasznie ciężko mi w nie uwierzyć. 

Nie pytaj, czy Bóg istnieje, ale czy Miłość ma sens...

Są ludzie, którym nikt nigdy nie powiedział, że jest kochany. To zarówno ci bezdomni w wielkich miastach, przed którymi zatykamy nos i zasłaniamy oczy, aby nie widzieć całego syfu, w którym się żyje, ale też dzieciaki bogaczy, które poznały jedynie smak pieniądza, a nie bliskiej relacji. Nie chcę generalizować, każdy przypadek jest inny, każda historia wyjątkowa i święta, ale wiem jedno: są ludzie, którzy ciągle czekają, aż ktoś im powie: jesteś dla mnie ważny! Są ludzie, którzy nigdy nie usłyszeli: kocham i przyjmuję cię takiego, jakim jesteś! 

Do dzisiaj pamiętam słowa mojego Przyjaciela, który zapytał mnie w Pradze: czy pamiętasz, że Twoja historia życia jest święta?

I to jest największa tragedia! Poczucie, że jesteś nikim, że nic dla nikogo nie znaczysz... Samotność, która zabiera życie w pełni, która rujnuje dzieciństwo, która odbiera smak tego, co najlepsze. Nic tak nie boli, uwierzcie, jak świadomość bycia niezauważonym, niekochanym, niedocenionym.

Nigdy nie mówię: ten niewierzący jest zły. Nie oceniam ateistów. Nie wiem, dlaczego nie wierzy - może to wybór jego sumienia/rozumowania, może - jak filozof Nietzsche - doświadczył w swoim życiu wielkiego cierpienia...? 

Nie wiem, czy TY, który czytasz tę notkę, kiedykolwiek od kogokolwiek usłyszałeś: jesteś dla mnie ważny...?

Ale jednego jestem pewna - i sama coraz mocniej do tego dojrzewam! (piszę to też po to, aby zwyczajnie nie zapomnieć): Ty jesteś większy niż suma Twoich porażek. Ty jesteś kimś bardziej znaczącym niż Twoje zranienia. Znaczysz więcej niż to wszystko, co powiedzieli - lub czego nie powiedzieli - o Tobie Twoi rodzice, przyjaciele czy była dziewczyna. KIMŚ WIĘCEJ.

Może jeszcze ciężko Ci w to uwierzyć - mnie niekiedy, szczególnie w cierpieniu, również.

Nie będę mówić: Bóg Cię kocha. Coraz bardziej od tego odchodzę. Chcę powiedzieć jedynie: wierzę w Miłość, która ma sens. Która w tym całym syfie i bezsensie życia, mówi: spójrz na mnie, na mój krzyż - to wszystko dla ciebie. 

Choć pewnie jutro będę chciała ten krzyż podeptać - bo stanie się dla mnie czymś takim, jaką i ja się kiedyś czułam - jak kula u nogi. Bo przypomni, że można bardziej kochać pomimo odrzucenia, a jednocześnie przypomni to całe cierpienie, które i ja gdzieś w sercu noszę.

Nikt ciebie nie potępił? I ja ciebie nie potępiam... 

Czy zrozumiem Twoją miłość, Mój Boże? 

Pozwól mi doświadczyć Siebie we mnie.



środa, 22 lipca 2015

Brańszczyk cz. 1.


Kiedy na nich patrzę, nie mam odwagi powiedzieć osoby niepełnosprawne. To pewien, nieporadny zresztą, skrót myślowy. Może są w jakiś sposób ograniczeni ruchowo, może nie umieją mówić lub myślą inaczej niż ja... Ale to osoby w pełni sprawne, jeśli chodzi o niektóre funkcje... a tą zdecydowanie jest pragnienie miłości!

Dwa kroki przede mną biegnie dwudziestoletnia Dominika. Chce włączyć radio, by znów, na kilka godzin, wyłączyć się ze świata. Nie rozumiem, dlaczego tak jest. Nie wiem, o czym myśli w chwili, gdy po raz kolejny przełącza między piosenkami, aby znów wrzucić ten sam werset tej samej piosenki. Mija trzecia, czwarta godzina i… NIC! Staram się przekonać ją, aby wyszła z pokoju, zachęcam lodami, chcę iść na Mszę świętą i konferencję… bezskutecznie! Łzy bezsilności zaczynają kapać mi po nosie. Mam dość jej humorów, choć – paradoksalnie – pokochałam ją od początku…

Daj buziaka! – krzyczy, łapiąc za szyję i przyciskając moje usta do swojego policzka. Bardzo potrzebuje czułości, poczucia bezpieczeństwa, wsparcia – nie tylko słownego… Wyczuwa momenty, w których ktoś się na nią zdenerwuje – i reaguje agresją. Potrafi skopać, złapać za włosy, dotykać rzeczy innych podopiecznych… A przy tym wszystkim nie da się jej nie pokochać, po prostu. Kiedy uśmiechnie się, złapie w sklepie panią zza lady i powie: daj buziaka!, po czym wyjdzie z Tymbarkiem swoim szybkim, zamaszystym krokiem (oczywiście, bez zapłacenia)… Kiedy wybrudzi się doszczętnie, machając głową w prawo i w lewo, i – jak powiedział Sebastian – wyglądając wtedy jak ptak dodo… Gdy muzyka sprawia, że wpada w trans, odcina się od świata – a słowa niektórych z nich zna lepiej niż przeciętny Kowalski. Kiedy godzinami może podziwiać strażaka Richarda, mając jedno jego zdjęcie wydrukowane w kilku kopiach (!) w specjalnym skoroszycie, a oczy płoną jej z zachwytu na widok budynku OSP.

Dominisia, czy wiesz, że jesteś kochana? – ni stąd, ni zowąd zapytałam moją podopieczną. Nie wiem, dlaczego zadałam to pytanie – może sama chciałabym to kiedyś usłyszeć? Nie spodziewałam się takiej odpowiedzi. Kompletnie. Miśka rzuciła mi się w ramiona, pocałowała (raczej to ona chciała być całowana!) w policzek i powiedziała: teraz już wiem! To wystarczyło, aby wzruszyć, aby zapamiętać ten moment na długo, jeśli nie do końca życia…

Na drugi dzień zapytałam, dokąd tak biegnie. Książki, książki o strażakach – odpowiedziała krótko. Dominika, książki poczekają – chciałam przekonać ją, aby usiadła z nami w kawiarence. Książki – wysyczała przez zęby. Dominisia, książki poczekają – powiedziałam po raz drugi. Nie, książki… Dominika, ale na dole są ludzie, którzy na ciebie czekają… Odwróciła się na pięcie i… pobiegła do kawiarenki! Przekonałam ją? A może, po raz kolejny, poruszyłam jej spragnione Obecności serce? Obierając drugie jabłko, uśmiechnęłam się pod nosem: czekałam na ciebie Dominika… 

Tego samego dnia, po obiedzie, szłyśmy do jej pokoju oglądać, jak co dzień, zdjęcie Richarda. Dominika, kto pierwszy ten lepszy – zaczęłam biec. Zaśmiała się, mówiąc, że oszukuję, po czym dobiegła do mnie i zaczęła mnie łaskotać. Oddałam jej później, kiedy siedziałyśmy razem na kanapie – ja opierałam się o ramię Dominiki, trzymając swoje nogi na jej kolanach. 

Od chwili, kiedy dowiedziała się, że jest kochana, zaczęła się zmieniać. A może…? Może to nie ona się zmieniła, ale mój stosunek do niej samej? Przecież dalej lubiła muzykę, czytała te swoje strażackie książki i przeglądała czasopisma na korytarzu… Jednak w jej oczach widziałam tę radość, której nie umiem wytłumaczyć. Co ty z nią zrobiłaś? – zapytał mnie jeden z wolontariuszy. Nic, kompletnie… Oprócz tego, że odnalazłam w niej samą siebie. Wbrew pozorom, jesteśmy bardzo do siebie podobne! Przestałam udawać 'panią pedagog', a stałam się Agatką, która kocha i chce dla niej dobrze…

Agatka jest taaaka szczęśliwa – powiedziała moja podopieczna, gdy szliśmy małą grupką na lody do sklepu. Zauważyła. Bardzo się nią cieszyłam, to prawda, ale czy aż tak mocno było to widać? Większego komplementu dawno nie słyszałam…

I przyszedł ostatni Apel Jasnogórski. Pierwszy, na którym była. Siostra Magdalena zaczęła śpiewać "Zapada zmrok". Dominisia spojrzała na mnie swoimi niebieskimi oczkami, szarpnęła za rękę i z łatwością wypowiedziała Kocham cię. Wzruszyłam się. Ja też cię kocham – odpowiedziałam.

Po trzech dniach pobytu tam chciałam wracać do domu. Sprawdziłam już odjazdy z Brańszczyka do Wyszkowa, aby łatwiej dostać się do Warszawy, a stamtąd do domu. A z drugiej strony – i to przeważyło – od początku pokochałam tę dziewczynę… Ten jej zaraźliwy uśmiech. To łobuzerskie spojrzenie. Jeśli ty ją zostawisz, to kto ją mocniej pokocha? – zapytał mnie ks. Dyrektor. Nie umiałam odmówić. Potem spędziłam z nią jeszcze tydzień. Jeden z owocniejszych tygodni mojego życia!

Dzisiaj, kiedy mijają już dwa tygodnie od naszego ostatniego spotkania, chciałabym powiedzieć, za świętym Janem: w miłości nie ma lęku! Miłość usuwa lęk! 

Przecież to główna maksyma mojego bloga…

Najtrudniej jest kochać tych najbardziej do nas podobnych… 

A oni ciągle czekają, aż ktoś im powie: kocham cię. Czasem tylko tyle wystarczy, aby zmienić… 

Najcichsza Obecność.




sobota, 13 czerwca 2015

bo tak jest, jak jest

Niewiele pamiętam z wczesnego dzieciństwa. Wiem, że miałam zaledwie 3 lata, kiedy starsza siostra nauczyła mnie czytać. Od zawsze lubiłam sięgać po książki, choć szkoła, a raczej polski system edukacji, skutecznie chciał zniszczyć we mnie ten zapał. Mam wiele ulubionych pozycji, ale przez Sienkiewicza czy Orzeszkową nigdy nie przebrnęłam - wstyd przyznać. Oddawałam się z reguły utworom z szeroko pojętej klasyki, pisanej zarówno prozą jak i poezją, sama też coś tam w życiu napisałam [choć jestem zbyt młoda i zbyt jeszcze nie-umiejąca, by można to chociaż postawić obok klasyki]. Gdybym dzisiaj umarła, zostawiłabym po sobie miliony porzuconych, zapomnianych, wpół-pożółkłych kartek i niedokończonych zdań na końcu zeszytów, a także tego bloga i wiele wpisów na Facebooku - mniej lub bardziej mądrych. 
To, co robię dzisiaj, zawdzięczam mocno moim rodzicom, którzy nigdy nie zmuszali mnie do czegokolwiek. Bardziej wskazywali drogę - choć też niekoniecznie. Byli obok, przyglądali się, starali słuchać... może nie zawsze to dostrzegałam (i często do tej pory mam problem), ale teraz, kiedy tak rzadko bywam w domu, widzę, że całe życie mocno się starali. To wielki wyczyn dla mojej Mamy urodzić szóstkę dużych i zdrowych dzieci. To wielki wyczyn chcieć je wychować możliwie jak najlepiej, zapewnić im jak najlepsze warunki rozwoju, być przy każdym z nich, szanować jego wolność i indywidualność... Sześcioro dzieci - sześć różnych charakterów. Nie mam pojęcia, jak moja Mama była to w stanie wszystko zawsze ogarnąć. Jak Tata przez tyle lat (Mama poszła do pracy stosunkowo późno, chodziłam już do szkoły), zdołał to wszystko ogarnąć finansowo, choć łatwo nigdy nie jest i nie było.

Gdy pomyślę o moim dzieciństwie, wspominam te wszystkie rajdy rowerowe (i Mamę, która woziła mnie na bagażniku), podczas których uczyłam się, jak być dobrym człowiekiem. Dość długo miałam problem z utrzymaniem równowagi na rowerze (nauczyłam się jeździć, mając chyba 12 czy 13 lat), ale nigdy nikt nawet nie zaśmiał się ze mnie z tego powodu. W pamięci pozostaje mi moje cudowne (!) uratowanie, gdy brat wciągnął mnie, małą czterolatkę, na pomost, gdy niczego nieświadoma chciałam zanurzyć w wodzie swoje przykrótkie nóżki (do tej pory pozostała blizna na moich plecach, nieumiejętność pływania i strach przed większymi zbiornikami wody). 

Mam świadomość, że to, co piszę, może wydawać się niektórym zbyt intymne. Wiem również, że tę notkę przeczyta najprawdopodobniej moja Mama, która od jakiegoś czasu śledzi regularnie wpisy swoich znajomych na Facebooku. 
Wiem też, że pisałam na blogach wiele - nie zawsze było to, dla mnie samej, łatwe i przyjemne - mimo że z reguły spotkałam się z pozytywnym odbiorem.

Blog w pewien sposób obnażył we mnie moje pragnienia. Dzisiaj nie potrzebuję wielu czytelników (mimo że zawsze miłe jest, gdy ktoś pozostawi po sobie komentarz), a jeszcze dwa lata temu nie mogłabym tak powiedzieć. Jest to dla mnie sposób ewangelizacji. Kiedy prowadziłam bloga na Deonie, mocno tego doświadczyłam - w momencie, kiedy podjęłam decyzję o wstąpieniu do klasztoru i to publicznie opublikowałam. Dziękuję Bogu za ten czas - w ostatnim tygodniu przed wstąpieniem otrzymałam kilkadziesiąt e-maili (na wiele nie zdążyłam odpisać...) z zapewnieniem o modlitwie, ale również z opisem indywidualnych historii życiowych. 

To był dla mnie wielki dar, ale również zadanie... Aby nie polec w walce. Aby być tą osobą, na jaką się kreuję. Czy się udało? - nie wiem. 

Dzisiaj blog nie jest dla mnie tak ważny, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Piszę notki rzadziej, starając się raczej kształtować swoje życie na realnych relacjach. Jednak nie mogłabym powiedzieć, że nie stanowi on ważnego dla mnie etapu, że nie dojrzewał łącznie ze mną... I chociaż poprzednich blogów nie znajdzie się już w eterze, gdyż zostały usunięte (chyba, że ktoś jest informatykiem, to pewnie potrafi :)), to jednak... nigdy nie wymażę swojej historii. 

Niewiele pamiętam z wczesnego dzieciństwa - tak zaczęłam swoją notkę. To prawda. 

Jednak dzisiaj jestem pewna, że Ten sam Bóg, który pozwolił mi się urodzić w tej a nie innej rodzinie, Ten sam Bóg, który był, chociaż ja miałam ochotę odejść, Ten sam Bóg mówi dzisiaj do mnie przez usta Ozeasza:

Miłowałem Izraela, gdy jeszcze był dzieckiem,
i syna swego wezwałem z Egiptu.
Im bardziej ich wzywałem,
tym dalej odchodzili ode Mnie,
a składali ofiary Baalom
i bożkom palili kadzidła.
A przecież Ja uczyłem chodzić Efraima,
na swe ramiona ich brałem;
oni zaś nie rozumieli, że troszczyłem się o nich.
Pociągnąłem ich ludzkimi więzami,
a były to więzy miłości.
Byłem dla nich jak ten, co podnosi
do swego policzka niemowlę -
schyliłem się ku niemu i nakarmiłem go.
Oz 11, 1-4 

Czy kiedyś będę umiała Mu do końca zaufać?

Przywróć mi wiary.