poniedziałek, 21 września 2015

Droga

Czym się różnił Abraham od Odyseusza, jeśli nie tym, że pierwszy 'wyszedł z domu, nie wiedząc dokąd idzie' (usłyszał tylko wezwanie), a drugi szedł do swojej Itaki w widocznym celu - chciał jeszcze zobaczyć swoją ukochaną? Czy tym, co ich łączyło, była tylko droga, ślad butów pozostawionych na ziemi, a może 'coś więcej', jakaś tajemnicza siła, wieksza zarówno niż ludzkie przeciwności, ale i jakakolwiek logika, która nakazuje, że bezpieczniej jest nic nie robić (wtedy łatwiej uniknąć zranień i wrócić do ciepłego łóżka)?
Czy było to choć trochę rozsądne (mieli przecież swoje lata...)? Czy miłość w ogóle jest rozsądna?

Gdy zerknę na Apostołów, którzy po jednym spojrzeniu rzucają wszystko 'w pieruny' i idą... Kiedy pomyślę o Matce Teresie, o. Pio, br. Albercie czy s. Faustynie - którzy, działając tylko logiką miłości, robili w świecie tak dobrą robotę...

I kiedy przypomnę siebie samą sprzed kilku tygodni, gdy - wbrew wszystkiemu, co mi mówiło 'nie dasz rady', 'to nie twoje miejsce'... pozostałam z Moją Dominiką. Pokochałam ją - mimo wielu trudnych uczuć. Wbrew logice i ludzkim kalkulacjom.

A potem pojechałam autostopem, by uwielbiać Jego czułą obecność w oczach Drugiego, każdym geście dobroci, uśmiechu, gorącej kawie zagrzanej w podziurawionej puszce po brzoskwiniach...

Wyjście w drogę. Wcale nie musi to oznaczać fizycznego oddalenia... (choć podróże nauczyły mnie życia więcej niż te setki przeczytanych książek....).

Świadomość, że ktoś kocha i czeka. Jest - mimo wszystko. Choć może w drodze do niej wiele wątpliwości: czy przyjmie? czy będzie dalej kochać? jak z dalszym życiem?

Czy zaufam na tyle, że dam się w tej drodze narazić na zranienia, a może nawet śmierć? Czy będę pamiętać o tym pierwszym spojrzeniu? Tym doświadczeniu miłości, które pozwoliło Abrahamowi wyjść z domu, Odyseuszowi zatęsknić za ukochaną, a br. Albertowi dać chleb temu, który nie ma nawet okruszyn?

Dużo tu pytań, wiem.
Nie wiem, czy mi dziś na nie, w modlitwie, odpowie. Ale jestem pewna, że wysłucha. I da siłę, by wyruszyć - choć może muszę dłużej odpocząć.

Notka-enigma?

Dziś, podczas sprzątania papierów, znalazłam swój zeszyt z wierszami. Wstawię jeden z nich, bardzo mnie dziś to uderzyło (chyba muszę częściej wracać do tego, co tworzę...).

'Poznanie'
Poznałam Cię po ranach na rękach
Po cierpieniu które wstało z grobu
Po dziurze na kończynach boku
Głowie bo w koronie cierniowej widniała

Poznałam Cię po cierpieniu 
które
Przyszło z nieba

Nie po pokoju którego przyniosłeś na świat
Nie po łamaniu chleba jak uczniom z Emaus

Po cierpieniu
Bo nieludzko cierpiący Boże
Ludzki w cierpieniu się stałeś

Wrzesień 2010 

niedziela, 20 września 2015

Kimś więcej

Przez wiele lat bałam się spojrzeć w oczy drugiemu człowiekowi. Miałam wrażenie, że zostaję analizowana, oceniana, a przez to i nieakceptowana, odrzucona, a w konsekwencji niekochana. Uważałam, że na miłość trzeba sobie zasłużyć, że tylko ludzie dobrzy, mądrzy i poukładani mają prawo do szczęścia, a nieszczęśliwi i niekochani są tylko ci 'nienormalni', którzy mają swoje za uszami. Stawiałam sobie poprzeczkę wysoko - w szkole brałam udział w konkursach, w domu starałam się być jak najbardziej grzeczna (inna sprawa, że nie zawsze to wychodziło), a w kościele miałam najbardziej poprawnie złożone rączki, najgłośniej śpiewałam i w ogóle udzielałam się podczas Mszy świętych i innych nabożeństw.

Potem zaczęłam spotykać ludzi, którzy akceptowali moją inność. Którzy nie bali się mnie wysłuchać, przyjąć - niekiedy paraliżujący - lęk, być 'przy' i 'dla' nie tylko wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebowałam, ale po prostu. I ten Drugi zaczął być - też po prostu. Nie musiał się silić, by być lepszy niż jest, nie musiał udawać siłacza, w sumie nic nie musiał - wystarczyła sama obecność. 

Zaczęłam wierzyć, że miłość nie jest ślepa - jak niejednokrotnie zdarzało mi się usłyszeć, szczególnie, gdy byłam nastolatką. Bo miłość widzi to, co trudne, widzi rany i słabości Drugiego (i swoje własne), ale wie też, że te trudności, lęki, zranienia... to nie wszystko! 

Bo Ja jestem więcej niż suma moich porażek, kimś ważniejszym niż to, co powiedzą czy pomyślą o mnie ci, którzy nawet najmocniej mnie znają. Nie jestem grzechem, strachem czy ucieczką, jedną wielką raną czy niezrozumieniem. 
I Drugi też nie jest. 

Bliska mojemu sercu osoba napisała dzisiaj w wiadomości mailowej: "Agata, Ty będziesz kochać naprawdę. Nie wiem, czy już w tym życiu, czy nie, ale będziesz. Bo jesteś na Jego obraz i podobieństwo. A On kocha naprawdę. 
Ale to wymaga długiej drogi, masy odrzucenia, cierpienia i po prostu bólu. I to wymaga Twojej zgody na to. Inaczej to nie będzie naprawdę..."

Kiedyś ktoś powiedział mi, że ceni sobie moje pisanie, bo jest ono bardzo szczere. Nie będę ukrywać: mam 'problem' z miłością. Czasem ciężko mi uwierzyć, że ktoś chce być blisko, niczego nie oczekując. Że przytulenie się może być oznaką bliskości, a nie pożądania czy zagarniania Drugiego dla siebie. 

Ale dzisiaj nie mam już (raczej) problemu, aby spojrzeć w oczy. To w nich widzę radość spotkania, ból egzystencji, skutek przy rozstaniu. W nich odczytuję zakochanie, ale też gniew i złość.

Uwielbiam ocierać łzy z tych oczu. Niezależnie, czy radości i wdzięczności, czy trudności i rozpaczy. Wtedy, mam wrażenie, jestem najbliżej Drugiego. Nawet bliżej niż gdybym trzymała go w ramionach, robiła wspólnie tortillę czy - wtulona w ramię - oglądała film romantyczny o nieszczęśliwej miłości...

"O, zaprawdę ciężki to chleb całe życie pocieszać niepocieszonych, bezradnych, zbłąkanych. Ciężki i jakże gorzki. Trzeba być samemu jednym z nich, może nawet najbiedniejszym spośród biednych, zagubionym w niepewności tego i tamtego świata, a może i grzesznym jak oni, aby ta twoja pociecha nie była słowami, aby wspólna była wasza pociecha, jak wspólny jest wasz los. Zastanawiam się nieraz, czy w tych wszystkich nadziejach, co je w ludzkich sercach budziłem (...) sam dla siebie nie szukałem pocieszenia. Tylko że im dłużej człowiek innych pociesza tym go mniej znajduje dla siebie, tym gorzej zwątpieniem nasiąka." Wiesław Myśliwski Kamień na kamieniu

środa, 16 września 2015

mało znaczące

"Po co się niepokoić. Wszak Bóg w nas, a my w Nim, a poza tym wszystko takie mało znaczące" br. Albert Chmielowski

Decyzja o podróży autostopem przyszła bardzo szybko. Kilka kliknięć w grupie chrześcijanskich stopowiczòw i... Niewiele minut później "poznalismy się" z Leszkiem. "Masz już jakiś cel?" - zapytał. Nie miałam. Chciałam zwyczajnie 'gdzieś' pojechać. Byle wyruszyć z domu. "Może Medjugorie?" Nie zastanawiałam się długo. Kilka sekund później poszła odpowiedź.

Minął tydzień i byliśmy w trasie. 

Podczas całej podróży mieliśmy kilka trudnych doświadczeń. Pogoda dawała się we znaki - padał deszcz i było zwyczajnie zimno (nie pomagały mi zbytnio 3 pary spodni i kilka warstw z bluz, swetròw i ciepłej kurtki). Kierowca wysadził nas w centrum Wiednia na środku autostrady, choć prosiliśmy, by zatrzymał się na stacji benzynowej przed miastem. Z jedzeniem też było różnie (choć Pan Bóg troszczył się, wysyłając anioły w ludzkiej skórze, nie mogę narzekać!). Przeszliśmy z plecakami turystycznymi kilkadziesiąt kilometrów, by przez wiele godzin zatrzymywać samochody... I ostatecznie zrezygnować z celu naszej podróży i wrócić do Polski, odwiedzając Częstochowę.

Ale nie czuję przegranej. Ta droga wiele mi pokazała. Nigdy nie myslalam, że będę taka cierpliwa. I że kompan wytrzyma z moją cholerycznością :) A jednak... Nawet się szczególnie nie posprzeczaliśmy :)

Po co się niepokoić? - pyta br. Albert.

Gdy nie mogliśmy znaleźć noclegu w Wiedniu, niosąc Leszkową gitarę, zaczęłam śpiewać kanon z Taizé: "Niczym się nie trap, niczego się nie bój, Bogu zaufaj nic ci nie grozi... Bóg miłością jest!" W sumie tę pieśń dodść często śpiewałam. Kilka chwil później naszym oczom ukazał się... wiadukt. Śmierdziało odchodami, było głośno od samochodów, które przejeżdżały zarówno obok nas, ale i nad nami, reflektor świecił na niebiesko (wprawiając w nocy w przerażenie), włączał się alarm z pobliskiego budynku, wokół nas walały się śmieci (najprawdopodobniej pozostałość po innych 'lokatorach')... a my byliśmy szczęśliwi, że mamy 'dach nad głową', że nie zmoczy nas deszcz - tak było przecież poprzedniej nocy - że jesteśmy w miarę bezpieczni... Miejscòwka była na tyle dobra, że nawet - mimo hałasu i smrodu - udało się zasnąć... 

Punkt widzenia faktycznie zależy od punktu siedzenia.

Gdy mam dach nad głową i bliskich wokół siebie, często nie umiem być wdzięczna. Wydaje się takie oczywiste... 

A przecież nie musi tak być. Jedna decyzja, potknięcie, choroba, śmierć...

Ale po co się niepokoić? Ostatecznie przecież nic do nas nie należy...

Mówię o cierpliwości w drodze. Teraz mogłabym popukać się w czoło. Lub serce, krzycząc 'mea culpa'...

Nie mam łaski cierpliwości do chińskiego tableta, na którym piszę tę notkę. Najchętniej rzucilabym nim o ścianę. Jakby to od niego zależało moje szczęście...

Po co się niepokoić? Po co się martwić? 

Bóg miłością jest!

I to wcale nie pusty slogan.

Doświadczyłam. To naprawdę daje szczęście!

piątek, 4 września 2015

tak jest...

Chciałabym, abyś mógł odpocząć w moich ramionach. Abyś, przytulając się, mógł poczuć nie tylko ciepło mojego ciała, ale również to coś, co osoba religijna nazwie duszą, ktoś inny jednością charakteru, ja sama powiem - serce. Chciałabym, byś nie wstydził się tej bliskości. Tego trzymania za rękę, twoich rozszerzonych źrenic na widok zwiewności mojej sukienki (która podkreśliła moją dziecięcą kobiecość). 

I ja... Uwielbiam, kiedy dotykasz moich włosów. Gdy mówisz: nie daję rady, proszę, pomóż mi - dopiero wtedy jesteś naprawdę męski. Twoja męskość doskonale współgra z moją kobiecością. Twoja wrażliwość mówi więcej o twoim sercu niż te wszystkie, mniej lub bardziej wygrane, walki. I nie daj sobie wmówić, że nie potrafisz kochać, że nie powinieneś, bo jesteś 'mniej męski' niż inni. Nie rozumiesz tego, co się w tobie dzieje. Nie dajesz rady. Żyjesz wspomnieniami. Nie pozujesz do katalogu z największymi przystojniakami - bo, po pierwsze, nie masz wystarczającej odwagi, aby pójść na casting, a po drugie: patrząc w lustro, jesteś przekonany, że i tak by cię odrzucono.

Chciałabym, abyś poczuł się kochany. Doceniony. Przyjęty taki, jaki jesteś.

Nie jestem zwykłą altruistką. Przekonana jednak, że wartość naszej relacji nie przekłada się na ilość zer na twoim koncie, chciałabym, abyś przytulił. Tak po prostu. Chciałabym, w twoich ramionach, poczuć się zupełnie bezpieczna.

I wolna.

Dlatego pozwól odejść. I miej odwagę żyć swoim życiem.
Płacz, jeśli masz ochotę. Rób to, co mówi twoje serce. Bez cichej kalkulacji.

--------------------------------------------------------------------
A potem przychodzi rzeczywistość. Nieuczesane włosy, potargana przydługa koszulka, spodnie od piżamy noszone już drugi tydzień.

Nikt już nie trzyma w ramionach. Nikt nie odpisuje na SMS-a. Dla nikogo się nie liczysz. I nieważne są twoje pragnienia.

I nie ma na Ziemi człowieka, który by cię rozumiał. Nie wmawiaj sobie, że jest inaczej, bo nie jest.
--------------------------------------------------------------------
Ale to tylko rzeczywistość w twojej głowie. Bo tak naprawdę... tak naprawdę ty wiesz najlepiej. Twoje serce wie, że gdzieś ktoś w jakimś miejscu...
--------------------------------------------------------------------
I to uczucie samotności. Samotności, która nie zniewala, ale przynosi ukojenie. Kiedy leżysz w ramionach, których nie chcesz opuszczać. Czujesz się bezpieczna, przyjęta, kochana. Tak po prostu. I on też się tak czuje. Zupełnie dar-mowo (jak napisał Rafał na swoim facebookowym profilu). Jako dar a nie powinność.

Nie wiem, o czym mam mówić - powiedziałam przedwczoraj podczas rozmowy z bliską mi Osobą. Chciałbym, abyś czuła, że możesz odpocząć, odetchnąć, niczego nie oczekuję, po prostu bądź. 
---------------------------------------------------------------------
Daleka jestem od tego, by mówić przytul się do Jezusa czy On jest odpowiedzią na twoje pytania, a może Bóg cię kocha, to ci wystarczy. Czasem ciężko odnaleźć w ludziach człowieka, więc nie dziwię się, kiedy nie możemy spotkać Boga we wszystkich smutnych twarzach na Mszy w wiejskiej parafii, w opuszczonych murach kościołów czy oczach dziecka błagających o miłość i kromkę chleba. Ciężko... Przecież 'tyle zła na świecie'. "Człowiek człowiekowi wilkiem" - jak w wierszu Stachury.

Znaleźć spokój i bezpieczeństwo? Ukojenie, poczucie wolności?

Spójrz w lustro. Potem na obraz poniżej. I potem znów w lustro.

Być może nie znajdziesz odpowiedzi. Ani spokoju, ani poczucia bezpieczeństwa. Może znów nie będziesz nic czuć. Albo poczujesz zbyt wiele.

A może wydaje ci się, że nic z tego. Spójrz. A potem w lustro.

Jesteś piękny. Jesteś cudowny. Jesteś kimś ważnym.

I nie daj sobie wmówić, że tak nie jest.

Jesteś darem. Perłą. Nawet jeśli wpadniesz między świnie. Nawet jeśli ktoś lub coś chce zmieszać cię z kupą gówna. Jesteś darem.



Agato.





niedziela, 30 sierpnia 2015

dotknij ran

Napisałam ostatnio mojemu Przyjacielowi, że strasznie ciężko żyje mi się wiarą, gdyż Bóg zdaje się milczeć. Nie potrafię skupić się na modlitwie. Myśli gdzieś biegną, nie mogę znaleźć ciszy (nawet jeśli wokół mnie nikt nic nie mówi), kontemplacja wydaje się czymś tylko dla świętych, a nawet różaniec stał się niesamowicie monotonny. Starałam się rozmawiać z Bogiem jak z Ojcem, jak z Przyjacielem - ale czułam pustkę, bezsens tego wszystkiego. I zero odpowiedzi. 

I tak, pisząc z Wojtkiem SMS-y, nie spodziewałam się, co wydarzy się dziesięć minut później...

Odeszłam już od kasy SKM. Spojrzałam na rozkład jazdy - wyruszymy za dwanaście minut. Moja dwunastoletnia siostrzenica z koleżanką stały jeszcze w kolejce do kasy, a siedmioletni siostrzeniec, trzymając mnie za rękę, ciągle pytał, kiedy będziemy u wujków. 
- Czy mogłaby mi dać pani dwa złote na kawę w automacie? - zapytała mnie około trzydziestoletnia kobieta. Owinięta czerwonym kocem, z okularami przeciwsłonecznymi na nosie, nieśmiało spoglądała na moją - nieco zamyśloną - twarz. Pomyślałam, że gdzieś podróżuje. Oczywiście, dałam jej - sama nie raz mogę przecież również potrzebować.
Podeszła w stronę automatu. Nagle do moich uszu doszły słowa innej, nieco starszej, kobiety:
- Gdzie ma pani buty?
Spojrzałam. Faktycznie. Jej nogi były gołe! Nie miała butów!
Kolejny Cejrowski się znalazł... - pomyślałam. 
- Okradli mnie. - usłyszałam odpowiedź. Oprócz tego, co na sobie, nic więcej nie mam...
Ałććć... To może jednak nie wariatka... 
Kupiła sobie kawę. Odpiła łyk. Podjechała nasza SKM-ka. Powiedziałam moim młodym towarzyszom podróży, że będziemy zaraz jechać, że niech idą ze mną do kolejki. 
Razem z nami udała się też 'pani bez butów'...
Gdy zobaczyłam jej gołe stopy, zrobiło mi się strasznie żal. Kto ją okradł, dlaczego...? Nie była to moja ciekawość, nie. To coś znacznie głębszego. Jakaś wewnętrzna siła mówiła mi: idź, zapytaj, czy czegoś potrzebuje.
Poprosiłam siostrzeńców i Agatę, by zajęli miejsca. Zostawiłam swój plecak na jednym z siedzeń i poszłam w kierunku tej - na oko - trzydziestolatki.
- Przepraszam... - powiedziałam nieco zmieszana. - Czy mogłabym pani jakoś pomóc? Czy przyjmie pani ode mnie pieniądze...? Kto panią okradł...?
- Ktoś mnie okradł, po prostu... Nieważne... Jestem bezdomną, nie mogę wziąć od pani pieniędzy. Nie miałabym jak pani oddać. Za kilka dni mają oddać mi pieniądze. Może będzie lepiej. Dziękuję pani, bardzo dziękuję...
Odeszłam. Jakoś głupio było mi ją namawiać, by jednak przyjęła te pieniądze. Wiem, że czasem ciężej coś wziąć (szczególnie od obcej osoby) niż komuś wręczyć - w tym momencie doskonale ją rozumiałam. Żałuję, że zapytałam, czy potrzebuje. Mogłam jej po prostu 'wcisnąć'. Nie pomyślałam.
Choć nie wiem, czy to by coś zmieniło...

Po tej 'akcji' poprosiłam moich znajomych, by się za Nią modlili. Jakoś stała mi się bliska - choć nasza rozmowa nie była długa. Coś we mnie ruszyło. 

A więc to o tym mówił ks. Halik - przyszła mi kolejna myśl. O tym przecież ostatnio u niego czytałam... 

Ciężko mi było spotkać Chrystusa podczas modlitwy. I to się dużo nie zmieniło. Myśli dalej gdzieś uciekają. 
Ale spotkałam Go - po raz kolejny! - w ranach drugiego. Spotkałam Go w gołych stopach i zasłoniętych ciemnymi okularami, zapłakanych oczach. Widziałam Go w tym prostym dziękuję, nie mogę... Dostrzegłam w zziębniętych wargach, które marzą tylko o wypiciu gorącej kawy. W skulonej, owiniętej w czerwony koc (chyba ktoś też okazał swoje serce - koc był naprawdę piękny!) młodej kobiecie. 

Bóg przyszedł po raz kolejny. Mój Milczący Chrystus. Spotkałam Go, kontemplując w tym biednym, okradzionym człowieku, który nic nie ma. W ubogiej - choć ciągle pięknej - kobiecie.

I ten Chrystus powiedział mi więcej o mnie samej niż mi się kiedykolwiek wydawało. Ukazał mi moją kobiecą wrażliwość, którą ostatnio bardzo mocno chciałam stłumić. Zresztą i z Wojtkiem w tym samym dniu o tym pisaliśmy (cytując Go: Wiesz, co nas łączy i sprawia, że jesteśmy bardzo podobni? Cholernie wielka wrażliwość). To prawda. Jestem wrażliwa. Może nawet nadwrażliwa. Niekiedy staje się to kulą u nogi (bo ile pytań można zadawać, jak bardzo można współ-cierpieć, wkurzać na niesprawiedliwość tego świata?). Innym razem, jak teraz, pomogło mi to po raz kolejny przekroczyć siebie. 
Nie było to trudne, w końcu w jakiś sposób naturalne.

Ostatnio uczę się miłości, która pozostawia wolność Drugiemu. Takiej, która nie chce być zaborcza, nie oczekuje zmiany Osoby, z którą się spotyka, pragnie żyć nie według schematów postępowania. Miłości stawiającej dobro Drugiego ponad swoje własne ambicje i plany.
Miłości, która nie chce być jak tani produkt reklamowy (wziąć, zużyć, wyrzucić, zapomnieć). Ale kochać miłością, prawdziwą miłością.

Ktoś może zapytać, dlaczego o tym piszę? Sama się nad tym zastanawiałam :)

Doskonale znam słowa Niech nie wie lewa ręka twoja... (Mt 6, 1). Dlatego też nie o wszystkich spotkaniach czy decyzjach piszę na blogu (ci, co mnie znają, wiedzą, czym i jak żyję). 

Piszę o tym dlatego, że sama nie raz doświadczyłam dobroci innych. Dlatego chcę się tym dzielić. I do tego zachęcam. Nie umiem o tym nie pisać, to ode mnie - w tym momencie - silniejsze...

Wierzę, ba - jestem przekonana, że nie ma nic cenniejszego niż uśmiech drugiej osoby. Nic cenniejszego...

Moja wiara stanowi jedno z moją miłością i nikt nie może mnie pozbawić miłości do Ukrzyżowanego, będącej odpowiedzią na Jego miłość do mnie: Któż może mnie odłączyć od miłości Chrystusowej? Od tej miłości, która legitymizuje się swoimi ranami. Nie potrafię wypowiedzieć słów Bóg mój!, jeśli nie zobaczę Jego ran! (...) Mój Bóg jest Bogiem zranionym. (...)
Moja wiara bowiem potrafi odrzucić brzemię wątpliwości oraz doświadczyć wewnętrznej mocy i pokoju jedynie wtedy, gdy kroczy stromą 'drogą krzyża', gdy zmierza ku Bogu przez wąską 'bramę Chrystusowych ran'. Bramę ubogich, bramę zranionych, przez którą bogaci, syci i zadufani, wiedzący i 'widzący', 'zdrowi', 'sprawiedliwi', 'mądrzy i ostrożni' nie wejdą, tak nie przejdzie wielbłąd przez ucho igielne.
Tomas Halik "Dotknij ran. Duchowość nieobojętności"


wtorek, 25 sierpnia 2015

mój świat

Miałam dzisiaj ponad 4 godziny, które spędziłam, będąc sama w Trójmieście. Pomyślałam, że zrobię małe zakupy. Ostatnio mocno cenię sobie wizyty w ciucholandzie, toteż pierwsze moje kroki skierowałam w tę stronę. Kupiłam sobie kilka rzeczy - między innymi niebiesko-żółtą sukienkę (pani w sklepie śmiała się, że mogę iść teraz na mecz Arki Gdynia z Lechią Gdańsk), która dzisiaj przysporzyła mi nie lada radości! I wcale nie dlatego, że kosztowała jedynie 3 zł...

Rano ubrałam spodnie, myśląc, że będzie zimno. Jak mocno się myliłam! Przebrałam się więc w zakupioną przez siebie chwilę wcześniej sukienkę, w ten sposób chroniąc swoje ciało od większej ilości potu. Kiedy tak przechadzałam się, właściwie bez większego celu, ulicą Świętojańską w Gdyni, podszedł - a właściwie podjechał - do mnie młody, dwudziestokilkuletni chłopak. 

Od razu zwróciłam na niego uwagę. Było w nim coś osobliwego. Mocno przykuwającego wzrok. Nie tylko sposób poruszania się (jeździł na elektrycznym wózku inwalidzkim), ale coś "więcej". Jakaś radość w oczach, pewien błysk, którego nawet nie umiem opisać. 
Ładna sukienka - z niemałym trudem wypowiedział te słowa, patrząc na to, jak się ubrałam. Powiedziałam krótkie: dziękuję. Po czym powiedział mi jeszcze raz: naprawdę, bardzo ładna. Już nic nie odpowiedziałam. Mi też się podoba, przyznam szczerze. Zresztą mojej Mamie podobnie. 

Pomyślałam jednak, jak wielką odwagę musiał mieć ten chłopak. Zaczepiać tak obcą osobę na ulicy? A może czuł, że właściwie nie ma nic do stracenia - bo w sumie, co ja mu mogłam zrobić? Nie wiem... Mimo całej mojej otwartej ekstrawertyczności chyba bym się nie odważyła...

Monika dodała na swoim profilu na facebooku wiersz Jarosława Borszewicza. 

szukam świata
w którym jedna jaskółka
czyni wiosnę
gdzie szewc
chodzi w butach
gdzie jak cię widzą
to dzień dobry
szukam świata
w którym
człowiek człowiekowi
człowiekiem


Odpowiedziałam Jej, że znam taki świat. Świat w którym człowiek jest dla człowieka człowiekiem. Gdy jak cię widzą, to dzień dobry. Znam taki świat, naprawdę! 

Poprosiła mnie: "pokaż mi go!". Odpowiedziałam, że napiszę notkę na blogu (co też niniejszym robię). 

Ten świat to moje - MOJE własne - spojrzenie na rzeczywistość. Jedna jaskółka wiosny nie czyni - ale jedna jaskółka może prorokować o wiośnie, wskazywać na nią, może ją przypominać, może zmieniać swoją małą ptasią rzeczywistość.

Lubię jaskółki. Mam okazję przyjrzeć się tym ptakom, gdyż zbudowały sobie gniazdo w "chlewiku" - służącym mojej rodzinie przede wszystkim jako miejsce trzymania opału i rowerów. Widziałam, jak matka  (choć nie jestem pewna, czy to nie był ojciec - oni oboje, niczym w małżeństwie, zajmują się dziećmi) zajmowała się ptaszkami, gdy te - w jakiś dziwny sposób - wypadły z gniazda. Widziałam jak przynosiły w dziobach słomę i błoto, by lepić, ciągle na nowo, utworzone przez siebie gniazdo. Te jaskółki w żaden sposób nie są kłopotliwe. Żyją już u nas kilka lat, więcej z nimi radości niż jakiegoś zagrożenia (choć pewnie Sanepid powiedziałby, że bakterie, wirusy i inne takie...) - mając bardzo spokojne życie i nikomu nie wadząc.

I tak, niemal wychowana z jaskółkami, mogę śmiało powiedzieć, że znam ten świat. Świat, w którym człowiek jest dobry dla siebie nawzajem - nawet jeśli robi jakąś głupotę (do której ma prawo!). Świat nieidealny, świat bez pudru i masek. To moi znajomi, których sama sobie dobieram (albo spotykam ich 'przypadkowo' na mojej drodze). Ludzie, których mogę prosić o modlitwę, pisząc SMS-a o północy i wiem, że prośba zostanie wysłuchana (nawet jeśli oni już skończyli swój dzień i spokojnie zasnęli). Osoby, przy których nie muszę nic udawać i mogąc być zarówno poważną, ale i trochę bardziej dziecięcą. Przyjaciele, którzy przywracają mi wiarę nie tylko w Boga, ale chyba przede wszystkim człowieka.

Mój świat. 

Nie wiem dlaczego, ale ludzie na ulicy dość chętnie mnie zaczepiają. Może moja buźka wydaje im się sympatyczna, albo ja sama - mimo podeszłego (hehehe) 22 roku życia wydaję im się bardziej... dziecinna (albo - mam nadzieję - dziecięca!)? Może widzą we mnie tę otwartość, którą z reguły posiadam (chyba, że mam gorsze dni - wtedy podchodzić z kijem) :) Nie mam pojęcia. 

Ten świat, kochana Moniko, to Twoje spojrzenie na rzeczywistość. To Życie, w którym Ty (i ja!) możemy żyć z uśmiechem - mimo wszystko. Możemy być człowiekiem - mimo wszystko. I budować nasze życie, niczym jaskółki gniazdo - mimo wszystko.

Szukać człowieka w - według naszej opinii - najgorszych ludziach. Przebaczać - choć czasem ciężko i najchętniej dałoby się komuś w nos. Kochać - do upadłego.

Bądź co bądź - nie mamy nic do stracenia... Bo w sumie nic nie mamy na własność.

bez tytułu
Mówisz jestem
jakby Cię nie było

krzyczysz: Pragnę
lecz odmawiasz gąbki nasączonej octem

wołasz: kocham
ale znikasz
nic nie odpowiadasz
milczysz

więc jakby Cię nawet nie było

umierasz 
i ja umieram

zmartwychwstajesz
i ja...

z nadzieją niczym kromka chleba
daję się karmić tym
którym brak radości

z miłością 
ślepej jaskółki która nie trafia do gniazda
ale ma dobre serce

która nie zapomina o swoich dzieciach
choć widziała je tylko raz w życiu
i niedługo będzie musiała je zostawić 

z wiarą

jakże mi brak wiary
w sens pomimo bezsensu
w dobroć przy zaciśniętej pięści
w radość kiedy kościoły zioną samotnością
i promieniują smutkiem

człowiek człowiekowi człowiekiem

a światłość w ciemności świeci
i nawet jaskółka
która straciła wzrok
pamieta

zmartwychwstałeś
nic więcej nie potrzeba

daj Panie
abym przejrzał
pozwól nakarmić 
przyprowadź do Siebie
25.08.2015


sobota, 22 sierpnia 2015

wolność..

Muszę się Wam do czegoś przyznać. Nie chciałam prowadzić tego bloga. W dość trudnym dla siebie momencie powiedziałam do samej siebie: to już dość. I nie dlatego, że mi się nie chciało. Nie dlatego, że moje serce powiedziało to nie dla ciebie (bo w sumie nigdzie nie odnajduję się chyba bardziej niż w pisaniu). Ale przede wszystkim dlatego, że zaczęłam wierzyć, że to bez sensu, że nie jestem w stanie napisać czegoś "mądrego". Że w sumie niepotrzebnie jest się uzewnętrzniać - bo i tak niewielu to czyta.

A potem przyszedł pierwszy mail. I kolejny. I jeszcze jeden. I zapewnienie o modlitwie. Prośba o wsparcie.

A potem doszłam do wniosku, że nawet jeśli tego nie ma na co dzień, to jest to zupełnie nieistotne... Bo ja chcę to robić, mimo wszystko. Nawet jeśli nie ma żadnego odbioru.

Wyzwalające jest to uczucie, kiedy wiem, że niczego nie muszę. Kiedy mogę wstać rano, wynurzyć nogę spod grubej - jak na wakacje - kołdry, usiąść na łóżku, zrobić sobie kawę, włączyć Facebooka i pogadać z mieszkającym kilkadziesiąt kilometrów ode mnie najlepszym przyjacielem. Albo mogę tego nie robić.

Ostatnio dopadł mnie wielki kryzys. Człowiek romantyczny mógłby nazwać to weltschmetrzem, sama nazwę to po prostu kryzysem. On w sumie nie minął - moje uczucia dalej pozostają ciężkie do zaakceptowania - ale już lepiej sobie z tym radzę. Dlatego, że wiem, że on jest. I że go akceptuję. Daję mu prawo bycia. Niech sobie żyje. Ale ja też istnieję. Mimo wszystko. I mimo wszystko robię to, co chcę. I mogę robić, co chcę. Jestem wolna.

W swoim życiu dokonywałam wielu wyborów. Niektóre w emocjach, inne bardziej przemyślałam. Jakiekolwiek by one nie były - rzutują na moje dotychczasowe życie. Więcej - żadnego z nich nie chcę żałować. Nawet jeśli wybór był trefny, jednak ciągle ode mnie zależy, co będzie teraz, a w konsekwencji i potem.

Może wydaje się to banalne, dla mnie jest to jednak bardzo duże odkrycie. Odkrycie, które niesamowicie mnie wyzwala.

Ci, którzy mnie znają, mówią, że jestem jak wieczne dziecko. Przyznam, że mocno mnie to ostatnio martwiło. Bo sobie pomyślałam, że coś ze mną nie tak. Mam 22 lata (no, w grudniu...), 'wypadałoby' już zmądrzeć, wydorośleć. Zaczęłam zastanawiać się nad swoimi relacjami. Nad tym, jaka jestem dla innych i - oczywiście - dla siebie samej.

Ważne jest dla mnie przytulanie czy inne okazywanie uczuć - doskonale o tym wiem. I wiem, że niektórzy mogą odczytywać to bardzo różnie. I że jest to niekiedy niebezpieczne. Ale mam też świadomość, że dzięki temu ludzie - z reguły - bardziej mi ufają. Znikają niepotrzebne blokady. Nawet w pociągu dość szybko przechodzą nawet do ciężkich tematów.

Niebezpieczne? A może, jeśli dobrze to ulokuję, przestanie to być krzyżem, a stanie się tym, na czym najbardziej mogę budować?

I kiedy tak siedziałam, płacząc, doszłam do (myślę, że najlepszego dla mnie na ten moment) wniosku: ogarnij się, dziewczyno:) 

Jeśli coś chcesz - tak jak pisanie tego bloga - to to rób.
Jeśli nie masz na coś ochoty - to tego nie rób.

I nie mów sobie, że nie masz innego wyjścia. No bo masz.

6 lat temu wybrałam Chrystusa jako swojego Pana i Zbawiciela. Nie było to łatwe, ale ta miłość tak mnie pociągnęła, że nie wiążę to z jakimkolwiek poświęceniem z mojej strony. Po prostu chcę od siebie więcej wymagać (ale co to jest w porównaniu z kompletnym oddaniem życia...?).
Przez te wszystkie lata żyłam i żyję w tym Kościele. Kościele, który ostatnio stał się dla mnie niczym kula u nogi.

Przyznam, że przyszła mi nawet myśl o apostazji. Przepłakałam kilka nocy. Bo z jednej strony kocham Kościół, a z drugiej strony ciężko mi znieść to, że jest on taki słaby... ba, że ja jestem taka słaba.

Napisałam o tym Przyjacielowi. Nie ocenił. Nie skreślił. Nie powiedział: "jesteś głupia". Pozostawił wolność i zadał pytanie dlaczego? A jednocześnie zapewnił o modlitwie. O modlitwie, którą chciałam wymazać ze swojego życia.

Bo nawet Bóg, którego doświadczyłam, Bóg, którego przyjęłam, stał się moją kulą u nogi. Bo dalej mnie kochał, dalej chciał ze mną być, dalej - poprzez bliskich - dawał mi wolność, z jednoczesnym zapewnieniem jestem z tobą.

Nie mam pojęcia, czy ta notka jest składna. Szczerze przyznam - nie będę tego sprawdzać. Nie będę poprawiać gramatyki i na siłę być lepszą niż jestem.
Napisałam ten wpis "na szybko", w niecałe 5 minut.

Idę żyć. Idę powiedzieć mojej Mamie, że jest dla mnie ważna.