wtorek, 5 stycznia 2016

obecność

Wczoraj czułam, że dopada mnie przeziębienie. Pojawił się kaszel, z nosa spływał katar, a w oczach ukazały się ropne łzy. Czułam się dosyć słabo - chociaż wewnątrz doświadczałam dużego pokoju i radości, przez co nawet niedomagająca fizyczność w ogóle nie utrudniała mi życia. Wieczorem, kiedy już zgasiłam górne światło, a mój pokój oświetlała bardzo antyczna lampa dawnej właścicielki, pojawił się lęk. To niezaleczona przeszłość zaczęła dawać się w kość. 
Napisałam do mojego najlepszego przyjaciela. Mimo że przebywał w innym kraju, dość szybko mi odpisał. Zaczęliśmy rozmawiać. On rozumie więcej od innych - widzę to i czuję. Zna mnie niemal na wylot - choć nasza znajomość nie sięga nawet roku. 
Nie mogłam zasnąć. Przed oczyma pojawiły się trudne sceny sprzed kilku lat. Smutek, żal, poczucie porażki... Moja rzeczywistość?
Zaczęłam ryczeć - a obok nie było nikogo, kto by przytulił. Tak bardzo czułam, że tego potrzebuję. Zaczęłam wyć i zagryzać wargi zębami - ale nikogo nie było... Zapragnęłam czyjejś obecności - tak po prostu. Ale nikogo nie było. I nie zapowiadało się, że ktoś przyjedzie. W końcu... przecież to była druga w nocy!

Pisaliśmy ze sobą dość długo. Padło wiele słów żalu z mojej strony. Nawet w stosunku do tej osoby - mimo że nic złego mi nie zrobiła. Żal, smutek, ból. 
I wspomnienia, które przytłaczały do tego stopnia, że miałam ochotę krzyczeć, zapomnieć, umrzeć wraz z nimi. 

Obudziłam się rano ze świadomością, że poprzedniej nocy mogłam skrzywdzić tego, na którym tak bardzo mi zależy. A przecież tego nie chciałam! Napisałam mu o tym. A on?

Don't worry, I understand why... 

Wystarczy, by czuć się kochaną. 

Nie pojechałam na uczelnię. Czułam się na tyle źle, aby zostać w domu. Wczoraj rano umówiłam się jednak z dziadkiem, że do niego przyjadę. Dzwonię do niego. 
- Halo, dziadek, Agata z tej strony.
- A witaj, Agatko.
- Dziadek, wiesz co? Przeziębiłam się... 
- Słyszę po głosie. A wpadniesz dzisiaj? Nie bój się, nie zarazisz mnie.
- Właśnie...
- Możemy się napić piwa, na pewno dobrze ci zrobi.

Przekonał mnie. Mimo że dzwoniłam, by powiedzieć: nie dam rady, chcę przełożyć to spotkanie. Wiedziałam, że na mnie czekał. Nie widział mnie w końcu od tygodnia - ostatni raz, gdy wyjeżdżałam do Brańszczyka. Tęsknił, tak po prostu. Choć biologicznie nie jest nawet moim dziadkiem. Choć mogłabym mówić per "pan" - i tak pewnie zaleciłby mi każdy, kto nas nie zna. A my? Jesteśmy przyjaciółmi. Mimo że on skończy w tym roku 89 lat, a ja dopiero 23.

Kiedy jechałam do niego, przypomniało mi się, aby kupić bilet miesięczny. Stanęłam w kolejce. Nie była długa. Jednak zniecierpliwienie, tak czy siak, dało mi się we znaki. Podjechała moja kolejka. I odjechała beze mnie - nie zdążyłam kupić biletu. Następna za 15 minut - to szmat czasu, jeśli na zewnątrz termometry wskazują na -13 stopni Celsjusza (odczuwalne -19). 
Podchodzę do kasy. Mocno silę się, aby się uśmiechnąć.
- Poproszę ten sam bilet - mówię, podając kartkę z zeszłego miesiąca.
- Od dzisiaj?
- Oczywiście.
Pani uśmiechnęła się tak szczerze, że serce - mimo temperatury - zaczęło mi topnieć. 
- Dziękuję pani bardzo - mówię - musi być pani w tej budce zimno, ale ma pani bardzo ładny uśmiech. 
- Dziękuję. Staram się odwzajemniać go dla dobrych ludzi.

Zamurowało mnie. Odwzajemniać? Dla dobrych ludzi? A ja tak bardzo źle się czułam... Tak bardzo się na ten uśmiech siliłam... Tak mocno...

Pojechałam do dziadka. Wypiliśmy herbatę, a nie piwo - ale nie potrzebowałam więcej. Wystarczyła mi tylko jego obecność. A jemu moja. 

Zrozumiałam. Nie potrzebuję wielkich rzeczy. By być szczęśliwą, wystarczy mi czyjaś obecność. Taka zwyczajna, codzienna. Świadomość, że nie jestem sama. Że ktoś tęskni, pragnie spotkania, odczuwa pustkę, gdy mnie nie ma. Kiedy wystarczy uśmiech, trzymanie za rękę, pocałunek w policzek, przytulenie. Gdy łzy nie smakują gorzko - bo są wylewane w rękaw Drugiego, a nie zimną poduszkę czy koc, którym opatulam się, skurczając boleśnie nogi. 

Pod koniec zeszłego roku robiłam małe podsumowanie. Pisałam też plany na następny rok. Nauka języka szwedzkiego, podjęcie innych zadań, kolejne wyjazdy autostopowe... Dzisiaj, w końcu!, zrozumiałam, że... że nie to jest ważne. 

Moja codzienność, moja rzeczywistość to coś znacznie więcej niż to, co robię. Oglądanie gwiazd nigdy nie smakuje tak dobrze jak wtedy, gdy patrzę w niebo z drugą osobą. Książki opowiedziane innym pozostają w nas dłużej niż czytane w samotności. A miłość? Bez Drugiego pozostaje tylko pragnieniem.

Dzisiaj nie chcę już planować, że będę robić wypasione na maksa rzeczy. Odwiedzać kolejne kraje. Czytać mądre książki czy opływać w zarobione wcześniej pieniądze. Teraz jestem przekonana, że wystarczy mi tylko i aż jedno: przeżywać, smakować, doświadczać (można dodać inne słowa) moje życie przy boku Drugiego. 

Doświadczyłam miłości, która daje lecz nie wymaga. Która pozwala być blisko, a jednocześnie odejść. Która JEST, gdy inni przestają być.

Która uśmiecha się - zwyczajnie, po prostu. 

Najczęściej jednak milczy. Słucha. JEST.  Pragnie BYĆ.



Nie pragnę niczego innego, jak tylko umrzeć i kochać Boga. Albo śmierć, albo miłość, ponieważ życie bez miłości jest gorsze od śmierci. Św. o. Pio

2 komentarze:

  1. Agatko,jak zwykle trafiasz w sedno!To niesamowite jakich ludzi możemy spotkać każdego dnia na swojej drodze. Fajnie, że to zauważasz i potrafisz się tym dzielić. Dziękuję :)

    OdpowiedzUsuń